Głodna sąsiadka Zosia – historia dzieciństwa, która nie daje mi spokoju

– Mamo, Zosia znowu stoi pod drzwiami – szepnąłem, patrząc przez wizjer na drobną postać skuloną na klatce schodowej. Miała na sobie za dużą, spraną kurtkę i brudne tenisówki, które ledwo trzymały się na jej drobnych stopach. Był listopad, zimno przenikało przez nieszczelne okna naszej kamienicy na Widzewie.

Mama westchnęła ciężko i spojrzała na mnie z troską. – Daj jej kawałek chleba z masłem. Ale niech nie wchodzi, bo ojciec się zdenerwuje.

Zosia była moją sąsiadką od zawsze. Miała wtedy może siedem lat, była rok młodsza ode mnie. Jej matka zmarła przy porodzie młodszego brata, który nie przeżył nawet tygodnia. Ojciec Zosi, pan Marian, od tego czasu pił coraz więcej. Często widywałem go zataczającego się pod sklepem spożywczym na rogu ulicy. Zosia była sama jak palec.

Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłem ją płaczącą na schodach. Miałem wtedy osiem lat i wracałem ze szkoły. Siedziała skulona, z kolanami pod brodą, i cicho łkała. – Zosia, co się stało? – zapytałem nieśmiało.

– Tata zamknął drzwi… nie mam klucza… – wyszeptała przez łzy.

Nie wiedziałem wtedy jeszcze, jak bardzo jej życie różni się od mojego. U nas w domu nie było bogato – tata pracował jako ślusarz w zakładach włókienniczych, mama dorabiała sprzątaniem klatek schodowych – ale zawsze mieliśmy ciepłą zupę na stole i czyste ubrania. Zosia często chodziła głodna. Czasem przynosiłem jej kanapkę albo jabłko, które mama pakowała mi do szkoły. Czułem się wtedy jak bohater.

Pewnego dnia usłyszałem krzyki zza ściany. Ojciec Zosi wrócił pijany i wyżywał się na niej za rozlane mleko. Siedziałem w swoim pokoju i zaciskałem pięści ze złości i bezsilności. Chciałem coś zrobić, ale mama powtarzała: – Nie mieszaj się, to nie nasza sprawa. Takie rzeczy lepiej zostawić w spokoju.

Ale ja nie umiałem zostawić tego w spokoju. Kiedy Zosia przyszła do mnie następnego dnia z podbitym okiem, poczułem wstyd i gniew. – Chodź do mnie, pobawimy się klockami – zaproponowałem, próbując udawać, że nie widzę jej siniaków.

Zosia była cicha, zamknięta w sobie. Czasem uśmiechała się do mnie nieśmiało, kiedy dzieliłem się z nią cukierkiem albo pozwalałem jej pobawić się moim samochodzikiem. Ale najczęściej patrzyła gdzieś w dal, jakby czekała na coś, co nigdy nie nadejdzie.

W szkole nauczyciele udawali, że nie widzą jej brudnych ubrań i pustego spojrzenia. Raz wychowawczyni zapytała mnie na osobności: – Michałku, czy Zosia ma w domu jakieś problemy? – Nie wiem – skłamałem, bo bałem się powiedzieć prawdę.

Zimą sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej. Pan Marian coraz częściej znikał na całe noce, a Zosia spała ubrana pod dwoma kocami w zimnym mieszkaniu bez ogrzewania. Pewnego wieczoru przyszła do nas zapukać. Mama otworzyła drzwi i zobaczyła ją całą zmarzniętą.

– Wejdź, dziecko – powiedziała cicho i podała jej gorącą herbatę.

Siedzieliśmy razem przy stole, a Zosia jadła chleb z masłem tak łapczywie, że aż zrobiło mi się przykro. Mama pogłaskała ją po głowie i powiedziała: – Jakbyś czegoś potrzebowała, to przyjdź do nas.

Ale to nie było takie proste. Pan Marian dowiedział się o tym i przyszedł do nas z pretensjami. – Niech pani się nie wtrąca w moje sprawy! – krzyczał do mamy na klatce schodowej. – To moje dziecko!

Od tamtej pory Zosia rzadziej przychodziła do nas po pomoc. Widywałem ją czasem na podwórku, jak bawiła się sama kawałkiem sznurka albo rysowała patykiem po piasku. Inne dzieci unikały jej, bo zawsze pachniała stęchlizną i miała brudne ręce.

Czułem się winny za każdym razem, gdy przechodziłem obok niej i nie miałem odwagi podejść. Bałem się ojca Zosi i tego, co mógłby zrobić mojej rodzinie.

Któregoś dnia po powrocie ze szkoły zobaczyłem karetkę przed naszym blokiem. Ludzie szeptali między sobą: – To przez tego pijaka… biedne dziecko…

Zosia trafiła do szpitala z powodu niedożywienia i wychłodzenia organizmu. Pan Marian został zabrany przez policję za znęcanie się nad córką.

Przez kilka tygodni nie widziałem Zosi. W końcu dowiedziałem się od mamy, że trafiła do domu dziecka gdzieś pod Łodzią.

Minęły lata. Przeprowadziliśmy się do innej dzielnicy, potem wyjechałem na studia do Warszawy. Ale historia Zosi wraca do mnie co noc w snach. Często zastanawiam się, co by było, gdybym wtedy powiedział komuś dorosłemu prawdę? Gdybym nie bał się ojca Zosi? Czy mogłem zrobić więcej?

Dziś sam jestem ojcem i patrząc na swoje dzieci myślę o tej małej dziewczynce z brudnymi rękami i wielkimi oczami pełnymi smutku.

Czy naprawdę można pomóc komuś żyjącemu w cieniu cudzych błędów? Czy odwaga dziecka wystarczy tam, gdzie dorośli odwracają wzrok?