Gorzki smak świąt: Historia Magdaleny z Otwocka

Zegar w kuchni wybił osiemnastą, a ja stałam przy oknie, patrząc na śnieg wirujący w świetle latarni. W domu pachniało barszczem i pierogami, ale w powietrzu wisiała cisza tak gęsta, że aż bolało. To miały być moje pierwsze święta po rozwodzie. Nazywam się Magdalena Kwiatkowska i mam czterdzieści dwa lata. Mój świat rozpadł się dokładnie rok temu, w Wigilię.

Wtedy jeszcze wierzyłam, że rodzina to schronienie. Że nawet jeśli życie daje w kość, to przy stole wigilijnym można odnaleźć spokój. Myliłam się. Mój mąż, Artur, odszedł ode mnie po dwudziestu latach małżeństwa. Zostawił mnie dla młodszej kobiety – sąsiadki z bloku obok. Zrobił to bez słowa wyjaśnienia, zostawiając tylko kartkę na lodówce: „Nie potrafię już tak żyć. Przepraszam.”

Pamiętam, jak wtedy upadłam na podłogę w kuchni. Długo nie mogłam się podnieść. Moja córka, Zosia, była wtedy u babci. Syn, Michał, studiował w Krakowie i nie miał pojęcia o tym, co się dzieje. Przez kilka dni nie jadłam, nie spałam. Mama dzwoniła codziennie:

– Magda, musisz się pozbierać! Dzieci cię potrzebują!

Ale jak się pozbierać, kiedy wszystko boli? Nawet oddech.

W święta zebrałam się na odwagę i pojechałam do rodziców do Otwocka. Mama przyjęła mnie chłodno. Zawsze była surowa, wymagająca. Ojciec milczał, jakby go nie było.

– Widzisz, mówiłam ci – zaczęła mama już przy barszczu – Że Artur to nie jest facet dla ciebie. Zawsze miałam rację.

– Mamo, proszę…

– Nie proś mnie! Trzeba było słuchać matki!

Zosia patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. Miała wtedy piętnaście lat i nie rozumiała jeszcze, jak bardzo można być samotnym wśród najbliższych.

Po kolacji zamknęłam się w pokoju dzieciństwa i płakałam w poduszkę. Słyszałam przez drzwi rozmowy rodziców:

– Co ona teraz zrobi? – pytał ojciec.
– Pewnie wróci do niego na kolanach – syknęła mama.
– A dzieci?
– Dzieci zawsze cierpią przez głupotę dorosłych.

Wtedy postanowiłam: nigdy więcej nie pozwolę im decydować za mnie.

Po świętach wróciłam do mieszkania w Warszawie. Artur zabrał większość rzeczy – nawet ekspres do kawy i naszą ulubioną lampę z Ikei. Zostawił tylko stare fotele i puste szafy. Musiałam zacząć od nowa.

Praca w szkole podstawowej dawała mi ledwie na rachunki i jedzenie. Zosia zamknęła się w sobie, przestała rozmawiać ze mną o czymkolwiek poza szkołą. Michał rzadko dzwonił – był zajęty studiami i nową dziewczyną.

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie siostra Artura – Beata:

– Magda, wiem, że to trudne… Ale Artur jest szczęśliwy z Anką. Może powinnaś mu wybaczyć?

– Wybaczyć? On nas zostawił!

– Ale przecież ty też nie byłaś idealna…

Rozłączyłam się bez słowa. Nawet ona stanęła po jego stronie.

W pracy zaczęły się plotki. Koleżanki szeptały za moimi plecami:

– Słyszałaś? Kwiatkowska została sama…
– Pewnie coś przeskrobała…
– Może za dużo wymagała od męża?

Czułam się jak trędowata. Nawet dyrektorka patrzyła na mnie z litością.

Najgorsze były weekendy. Siedziałam sama w kuchni, patrzyłam na zdjęcia z dawnych lat: Artur z dziećmi nad morzem, ja z uśmiechem na twarzy, którego już nie poznawałam. Czasem dzwoniła mama:

– Magda, może przyjedziesz na obiad?

Ale wiedziałam, że znów usłyszę tylko wyrzuty.

Pewnego dnia Zosia wróciła ze szkoły zapłakana.

– Mamo… – zaczęła cicho – Koleżanki mówią, że tata ma nową rodzinę… Że już nas nie kocha…

Przytuliłam ją mocno.

– To nieprawda, kochanie. Tata po prostu pogubił się w życiu.

Ale sama nie wierzyłam w te słowa.

W marcu przyszło pismo z sądu – podział majątku. Artur chciał sprzedać mieszkanie i podzielić pieniądze na pół. Nie miałam dokąd pójść.

Poszłam do mamy po pomoc.

– Mamo, mogę się zatrzymać u was na jakiś czas?

Spojrzała na mnie chłodno:

– A co zrobisz z dziećmi? Przecież tu nie ma miejsca dla wszystkich.

– Znajdę coś… Potrzebuję tylko czasu.

– Czasu? Magda, masz czterdzieści dwa lata! Kiedy zamierzasz dorosnąć?

Wyszłam trzaskając drzwiami. Po raz pierwszy poczułam prawdziwą złość na własną matkę.

Zaczęłam szukać pracy dodatkowej – korepetycje z polskiego, sprzątanie u sąsiadki starszej pani Ireny. Każda złotówka była na wagę złota.

Któregoś wieczoru zadzwonił Michał:

– Mamo… Tata zaprosił mnie do siebie na weekend. Mogę pojechać?

Zatkało mnie.

– Oczywiście… Jeśli chcesz.

Pojechał i wrócił milczący. Dopiero po kilku dniach powiedział:

– Tata ma nowe dziecko… Anka jest w ciąży.

Poczułam ukłucie zazdrości i żalu tak silne, że aż zabrakło mi tchu.

W maju dostałam list polecony – komornik wszczął egzekucję za niespłacony kredyt Artura na samochód. Nawet nie wiedziałam o tym długu! Musiałam sprzedać biżuterię po babci i kilka książek z dzieciństwa.

W czerwcu mama zachorowała – udar. Pojechałam do Otwocka opiekować się nią przez dwa tygodnie. Ojciec był bezradny jak dziecko.

Pewnego wieczoru siedziałyśmy same w kuchni. Mama spojrzała na mnie słabym wzrokiem:

– Przepraszam cię, Magda… Może byłam za surowa…

Zacisnęłam pięści pod stołem.

– Teraz to już niewiele zmienia.

Łzy popłynęły jej po policzkach.

Po powrocie do Warszawy poczułam ulgę – pierwszy raz od miesięcy byłam sama ze sobą i swoimi myślami. Zosia zaczęła chodzić na terapię szkolną. Michał coraz częściej dzwonił – chyba zobaczył, ile kosztuje samotność.

W grudniu znów przyszły święta. Tym razem postanowiłam spędzić je tylko z dziećmi. Ugotowałyśmy z Zosią barszcz i pierogi z kapustą. Michał przyjechał z Krakowa z nową dziewczyną – sympatyczną Asią.

Usiedliśmy razem przy stole. Było skromnie: kilka potraw, mała choinka i cicha kolęda w tle. Ale pierwszy raz poczułam spokój.

Po kolacji Zosia zapytała:
– Mamo… Czy kiedyś będziemy jeszcze szczęśliwi?
Przytuliłam ją mocno:
– Myślę, że tak… Ale musimy nauczyć się być szczęśliwi sami ze sobą.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy można odbudować życie po takim upadku? Czy rodzina to zawsze wsparcie – czy czasem największy ciężar? Co wy o tym myślicie?