Jesteś tylko wygodny. Zapomną o tobie, gdy przestaniesz być potrzebny. Historia Bartka z Wrocławia
— Jesteś tylko wygodny. Zapomną o tobie, gdy przestaniesz być potrzebny — te słowa usłyszałem od własnej matki, kiedy miałem dwadzieścia siedem lat i wracałem do pustego mieszkania na wrocławskim Gaju. Była zima, śnieg skrzypiał pod butami, a ja czułem, jakby ktoś wyciągnął ze mnie całą krew.
Wszystko zaczęło się od tej jednej rozmowy, która zmieniła moje życie na zawsze. Siedziałem przy kuchennym stole, a naprzeciwko mnie moja żona — Sylwia. Miała wzrok wbity w ekran telefonu, a ja już od dawna czułem, że jestem jej bardziej potrzebny jako kierowca i dostawca zakupów niż partner.
— Bartek, możesz pojechać po moją mamę na Borek? Znowu jej się coś stało z kolanem — rzuciła beznamiętnie.
— Sylwia, to już trzeci raz w tym tygodniu. Może niech zadzwoni po taksówkę?
— Przecież wiesz, że nie ma pieniędzy! Poza tym, jesteś wolny, nie masz dziś pracy — odpowiedziała z irytacją.
Westchnąłem ciężko i wyszedłem. W samochodzie zadzwoniłem do mamy.
— Cześć, mamo. Wszystko w porządku?
— Bartek, nie daj sobą pomiatać. Jesteś tylko wygodny dla nich. Zobaczysz, zapomną o tobie, gdy przestaniesz być potrzebny — powiedziała cicho.
Wtedy jeszcze nie rozumiałem tych słów. Ale miałem się przekonać szybciej, niż myślałem.
Kiedy wróciłem z teściową do domu, Sylwia już czekała z listą zakupów. — Skoczysz jeszcze do Biedronki? — zapytała, nawet nie patrząc na mnie.
— Może byś sama poszła? — odparłem zmęczony.
— Boże, Bartek! Co ci się stało? Ostatnio jesteś jakiś nie do życia! — krzyknęła.
Teściowa spojrzała na mnie z politowaniem. — Oj, Bartuś, kobieta w domu to skarb, ale trzeba ją szanować. A ty tylko narzekasz.
Poczułem się jak dziecko, które dostało burę za nic. Przez kolejne tygodnie było coraz gorzej. Sylwia coraz częściej wychodziła wieczorami „na jogę” albo „do koleżanki”, a ja zostawałem sam z jej matką i obowiązkami domowymi.
Pewnego dnia wróciłem wcześniej z pracy i usłyszałem rozmowę przez drzwi sypialni.
— Mamo, on jest taki naiwny! Myśli, że jak będzie wszystko robił, to będę go kochać bardziej. A ja już nie mogę na niego patrzeć! — śmiała się Sylwia.
— Cicho, bo usłyszy! Ale masz rację, trzeba go trochę przycisnąć. Może wtedy zapisze mieszkanie na ciebie — odpowiedziała teściowa.
Zamarłem. Stałem pod drzwiami jak sparaliżowany. Wszystko nagle stało się jasne: byłem tylko wygodny. Kierowca, sprzątacz, bankomat.
Wyszedłem z mieszkania bez słowa. Przez całą noc chodziłem po Wrocławiu, patrząc na światła miasta i próbując zrozumieć, gdzie popełniłem błąd. Nad ranem zadzwoniłem do mamy.
— Miałas rację — powiedziałem łamiącym się głosem.
— Synku… wracaj do domu. Zawsze będziesz dla mnie ważny — odpowiedziała bez wahania.
Ale ja nie chciałem wracać jak zbity pies. Postanowiłem zawalczyć o siebie.
Następnego dnia spakowałem walizkę i zostawiłem Sylwii list:
„Nie jestem już twoim służącym. Nie jestem bankomatem ani kierowcą twojej mamy. Chcę być kochany za to, kim jestem, a nie za to, co mogę dać.”
Oczywiście zadzwoniła po kilku godzinach:
— Bartek! Co ty wyprawiasz?! Jak mam teraz sobie poradzić?!
— Poradzisz sobie tak samo dobrze jak wtedy, gdy mnie nie było w twoim życiu — odpowiedziałem spokojnie.
Przez kilka tygodni próbowała mnie szantażować emocjonalnie: „Zobaczysz, nikt cię nie zechce”, „Twoja matka cię zmanipulowała”, „Zostaniesz sam jak palec”.
Ale ja już byłem wolny.
Wróciłem do mamy na kilka miesięcy. Było ciężko — czułem się jak przegrany facet po trzydziestce bez własnego kąta i rodziny. Ale powoli zacząłem odbudowywać siebie.
Zacząłem biegać po wałach nad Odrą, zapisałem się na kurs programowania i poznałem ludzi, którzy traktowali mnie normalnie — nie jak narzędzie do spełniania cudzych zachcianek.
Po roku spotkałem Anię na spotkaniu biegaczy. Była inna niż Sylwia: szczera, ciepła i niezależna. Nie potrzebowała mnie do wożenia jej matki ani robienia zakupów — chciała po prostu być ze mną.
Kiedy po raz pierwszy zaprosiła mnie do siebie na obiad i sama ugotowała rosół (a potem śmiała się z własnych kulinarnych porażek), poczułem coś dziwnego: wdzięczność za zwyczajność.
Moja mama patrzyła na mnie z dumą:
— Widzisz? Można żyć inaczej niż dla innych.
Dziś mam trzydzieści dwa lata i własne mieszkanie na Krzykach. Z Anią planujemy ślub i wspólne życie bez manipulacji i udawania.
Ale czasem wciąż wracam myślami do tamtych słów:
Jesteś tylko wygodny…
Czy naprawdę tak łatwo jest ludziom zapomnieć o tych, którzy byli dla nich podporą? Czy człowiek jest coś wart tylko wtedy, gdy spełnia cudze oczekiwania?
A może warto czasem postawić granicę i zawalczyć o siebie? Co wy o tym sądzicie?