Lekarstwo na wszystkie problemy: Historia Magdy z Nowej Huty
Wszystko zaczęło się od krzyku. Był środek nocy, a ja zerwałam się z łóżka, bo mama wrzeszczała tak, jakby ktoś umierał. Wpadłam do kuchni, a ona stała przy oknie, trzęsąc się cała. „Nie ma go! Znowu nie wrócił!” – łkała, a ja już wiedziałam, że chodzi o mojego młodszego brata, Pawła. To nie był pierwszy raz, ale tym razem czułam w kościach, że coś jest naprawdę nie tak.
Mieszkaliśmy w starej kamienicy w Nowej Hucie. Ojciec odszedł, kiedy miałam dziesięć lat. Zostawił nas z długami i wiecznym poczuciem winy. Mama była pielęgniarką, pracowała na dwa etaty, a ja – Magda – próbowałam być tą odpowiedzialną. Paweł był inny. Zawsze ciągnęło go do kłopotów, do ludzi spod ciemnej gwiazdy. Miał dopiero siedemnaście lat, ale już znał wszystkie bramy i zaułki dzielnicy.
Tamtej nocy nie spałam już ani minuty. Rano mama była wrakiem człowieka. „Idź do szkoły” – powiedziała cicho. Ale ja nie poszłam. Przeszukałam całą okolicę, pytałam jego kolegów, nawet tych, których się bałam. Nikt nic nie wiedział albo nie chciał powiedzieć.
Wieczorem wróciłam do domu zmarznięta i zrezygnowana. Mama siedziała przy stole z ciotką Haliną. „To twoja wina!” – syknęła ciotka. „Zamiast pilnować brata, włóczysz się po mieście!”. Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. „A ty co zrobiłaś dla tej rodziny?” – odparowałam. Mama tylko płakała.
Minęły trzy dni. Policja przyjęła zgłoszenie, ale nie robili nic poza rutynowymi pytaniami. W domu panowała cisza przerywana tylko szlochaniem mamy i kąśliwymi uwagami ciotki. „Gdyby twój ojciec tu był…” – zaczynała codziennie. „Ale go nie ma!” – wybuchnęłam w końcu. „I nigdy nie wróci!”.
Wtedy pierwszy raz pomyślałam o ucieczce. O tym, żeby zostawić to wszystko i zacząć gdzieś indziej. Ale nie mogłam zostawić mamy samej.
Po tygodniu zadzwonił telefon. Głos był zachrypnięty: „Paweł jest u mnie. Potrzebuje czasu”. To był jego dawny kolega, Krystian. Pojechałam tam natychmiast – do starego bloku na osiedlu Willowym. Paweł siedział na łóżku, blady i wystraszony.
– Co ty wyprawiasz?! – krzyknęłam.
– Nie mogłem już wytrzymać… Mama tylko płacze, ciotka się drze… A ty zawsze masz rację!
– Myślisz, że mi jest łatwo? – głos mi się załamał.
Wróciliśmy razem do domu. Mama rzuciła mu się na szyję i płakała jeszcze mocniej niż wcześniej. Ciotka Halina tylko pokręciła głową: „Wrócił, bo się bał policji”.
Od tamtej pory nic już nie było takie samo. Paweł zamknął się w sobie, a ja zaczęłam coraz częściej wychodzić z domu – byle dalej od tej dusznej atmosfery.
Zaczęłam spotykać się z Bartkiem z mojej klasy. Był inny niż wszyscy chłopcy – spokojny, czuły, miał plany na przyszłość. Po raz pierwszy poczułam się ważna dla kogoś innego niż rodzina.
Pewnego dnia wróciłam do domu późno wieczorem i zastałam mamę siedzącą w ciemnościach.
– Gdzie byłaś?
– U Bartka.
– Zostawisz mnie tak jak ojciec? – zapytała cicho.
– Mamo… Ja też mam prawo do życia!
– Twoje życie to my! – wybuchła nagle.
Wybiegłam z domu i przez godzinę błąkałam się po parku Ratuszowym. Czułam się rozdarta między lojalnością wobec rodziny a własnymi pragnieniami.
Następnego dnia mama nie odezwała się do mnie ani słowem. Paweł też milczał. W szkole byłam jak duch – nikt nie wiedział o moich problemach, nawet Bartek.
W końcu nie wytrzymałam i opowiedziałam mu wszystko.
– Może powinnaś pomyśleć o sobie? – powiedział spokojnie.
– Nie mogę zostawić mamy samej…
– Ale czy ona myśli o tobie?
Te słowa bolały najbardziej.
Mijały miesiące. Paweł zaczął znowu znikać na całe noce, mama coraz częściej chorowała ze stresu, a ja czułam się coraz bardziej samotna i zagubiona.
W końcu przyszedł dzień matury. Zdawałam ją z poczuciem pustki w środku. Bartek dostał się na studia do Warszawy i zaproponował mi wspólne mieszkanie.
– Chodź ze mną – prosił.
– Nie mogę… Mama sobie nie poradzi.
– A ty? Ile jeszcze wytrzymasz?
Wróciłam do domu i zobaczyłam mamę leżącą na kanapie z pustym spojrzeniem.
– Zdałaś? – zapytała bez emocji.
– Tak…
– To dobrze… Może będziesz miała lepsze życie niż ja.
Te słowa były jak nóż w serce.
W końcu zdecydowałam się wyjechać z Bartkiem do Warszawy. Mama nie pożegnała mnie nawet w drzwiach. Paweł rzucił tylko: „Powodzenia” i zamknął się w swoim pokoju.
Pierwsze miesiące były trudne – tęskniłam za domem, za mamą, nawet za ciotką Haliną i jej wiecznym narzekaniem. Ale powoli zaczęłam oddychać pełną piersią.
Po roku dostałam wiadomość od Pawła: „Mama jest w szpitalu”.
Wróciłam natychmiast. Mama była słaba, ale uśmiechnęła się na mój widok.
– Dobrze, że jesteś… Przepraszam za wszystko…
Poczułam ulgę i żal jednocześnie.
Po jej śmierci musieliśmy z Pawłem nauczyć się żyć na nowo – bez niej i bez starych pretensji.
Dziś wiem jedno: nie ma lekarstwa na wszystkie problemy, ale czasem wystarczy jedno przebaczenie albo jeden gest miłości, żeby zacząć od nowa.
Czy Wy też kiedyś musieliście wybierać między sobą a rodziną? Jak znaleźć równowagę między lojalnością a własnym szczęściem?