Między młotem a kowadłem: Jak teściowa rozbiła moje małżeństwo

– Nie będziesz mi mówić, jak mam wychowywać syna! – głos pani Haliny odbił się echem po naszym ciasnym mieszkaniu na warszawskim Bródnie. Stałam w kuchni, ściskając w dłoni kubek z herbatą, który drżał tak mocno, że kilka kropel spadło na blat. Mój mąż, Przemek, siedział przy stole i udawał, że czyta gazetę. – Przemek, powiedz coś! – błagałam go wzrokiem. Ale on tylko wzruszył ramionami i jeszcze głębiej schował się za papierem.

Tak wyglądało moje życie od czterech lat. Od dnia ślubu z Przemkiem wiedziałam, że nie jestem wymarzoną synową. Jego matka nigdy nie ukrywała rozczarowania. „Mogłeś znaleźć sobie kogoś lepszego, Przemek. Kogoś z porządnej rodziny” – powtarzała przy każdej okazji. Ja, Karolina Nowak z małego miasteczka pod Radomiem, byłam dla niej za mało ambitna, za mało elegancka, za bardzo zwyczajna.

Na początku próbowałam się starać. Zapraszałam ją na obiady, dzwoniłam z życzeniami na imieniny, nawet przymykałam oko na jej kąśliwe uwagi o moich „wieśniackich” zwyczajach. Ale im bardziej się starałam, tym bardziej ona mnie odpychała. Najgorsze było to, że Przemek nigdy nie stanął po mojej stronie. „Nie przesadzaj, mama jest po prostu szczera” – mówił. Ale czy szczerość musi ranić?

Kiedy urodziła się nasza córka, Zosia, miałam nadzieję, że coś się zmieni. Że Halina w końcu mnie zaakceptuje jako matkę jej wnuczki. Ale było tylko gorzej. „Dziecko powinno spać na brzuchu!” – krzyczała do mnie przez telefon. „Nie karm jej tymi słoiczkami, bo wyrośnie na chorowitą!” – dodawała podczas każdej wizyty.

Pewnego dnia przyszła bez zapowiedzi i zaczęła przestawiać meble w pokoju Zosi. – Tu łóżeczko będzie lepiej stało – oznajmiła tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Karolina, ty się na tym nie znasz.

– Mamo, zostaw to – próbował interweniować Przemek, ale jego głos był cichy i niepewny.

– Ty się nie wtrącaj! – ucięła go Halina. – Gdybyś miał porządną żonę, nie musiałabym tu przychodzić i wszystkiego poprawiać!

Stałam wtedy w progu i czułam się jak powietrze. Jakby mnie nie było. Jakby moje zdanie nie miało żadnego znaczenia.

Z czasem zaczęłam unikać spotkań rodzinnych. Na święta jeździliśmy do teściów tylko dlatego, że Przemek nalegał. Siedziałam przy stole jak intruz, słuchałam rozmów o „lepszych czasach”, o byłej dziewczynie Przemka – Magdzie z sąsiedztwa, która teraz robi karierę w Londynie. „Magda to była dziewczyna z klasą” – wzdychała Halina przy każdej okazji.

Próbowałam rozmawiać z Przemkiem. – Nie widzisz, jak ona mnie traktuje? – pytałam wieczorami.

– Karolina, przesadzasz. Mama po prostu chce dobrze.

– Dobrze dla kogo? Bo na pewno nie dla mnie!

Zaczęliśmy się kłócić coraz częściej. Przemek coraz częściej wychodził z domu pod pretekstem pracy albo spotkań z kolegami. Zostawałam sama z Zosią i poczuciem winy. Może rzeczywiście jestem niewystarczająca? Może to ze mną jest coś nie tak?

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie moja mama.
– Karolinko, co się dzieje? Słyszałam od cioci Eli, że byłaś smutna na ostatnim spotkaniu rodzinnym.

Nie wytrzymałam i się rozpłakałam.
– Mamo… ja już nie daję rady. Ona mnie nienawidzi… Przemek nic nie robi…

– Kochanie, musisz walczyć o siebie. Nie pozwól się zniszczyć.

Ale jak walczyć z kimś, kto ma całą rodzinę po swojej stronie?

Kulminacja nastąpiła podczas ostatnich świąt Bożego Narodzenia. Halina przyszła do nas dzień przed Wigilią i zaczęła krytykować wszystko: od choinki po barszcz czerwony.
– U mnie w domu zawsze był prawdziwy barszcz na zakwasie! A ty co? Z proszku? Wstyd!

Przemek siedział obok i nawet nie drgnął.

Wieczorem wybuchłam.
– Albo staniesz po mojej stronie, albo ja odchodzę!

Przemek spojrzał na mnie jak na wariatkę.
– Przesadzasz! To moja matka!

– A ja? Kim ja jestem?

Następnego dnia spakowałam siebie i Zosię i pojechałam do mojej mamy do Radomia. Przez pierwsze dni czułam tylko ulgę i strach jednocześnie. Bałam się przyszłości, samotności… Ale wiedziałam jedno: nie mogę pozwolić się dłużej upokarzać.

Po tygodniu zadzwonił Przemek.
– Karolina… wróć do domu. Mama już się uspokoiła.

– A ty? Czy ty w końcu zrozumiałeś?

Milczał długo.
– Nie wiem… To wszystko jest trudne…

– Dla ciebie może trudne. Dla mnie to piekło.

Nie wróciłam. Znalazłam pracę w Radomiu jako nauczycielka angielskiego w szkole podstawowej. Zosia szybko zaaklimatyzowała się w nowym przedszkolu. Moja mama pomagała mi jak mogła.

Przemek próbował jeszcze kilka razy nas ściągnąć z powrotem. Ale już nie potrafiłam mu zaufać.

Czasem wieczorami patrzę na śpiącą córkę i pytam siebie: czy zrobiłam dobrze? Czy można uratować małżeństwo bez wsparcia najbliższych? Czy warto poświęcać własne szczęście dla iluzji rodziny?

A wy? Co byście zrobili na moim miejscu?