„Moja teściowa chciała wyjść za mąż, ale postawiłem ją do pionu” – szokująca rozmowa telefoniczna, która zmieniła nasze życie

– Ela, co ty wyprawiasz?! – głos Pawła, mojego zięcia, rozbrzmiał w słuchawce tak głośno, że aż odsunęłam telefon od ucha. – Słyszałem od Magdy, że zamierzasz wyjść za tego… tego Zbyszka? Przecież to jakiś żart!

Zacisnęłam powieki. Właśnie wróciłam z pracy – zmęczona, z siatkami pełnymi zakupów, które miałam rozwieźć do mieszkania córki. Zawsze byłam tą, która pomaga. Tą, która gotuje rosół na niedzielę, odbiera wnuki z przedszkola i sprząta po wszystkich. Ale dziś… dziś miałam ochotę krzyczeć.

– Pawle, to nie jest żart. Mam prawo do własnego życia – odpowiedziałam cicho, choć w środku aż się gotowałam.

– Własnego życia? Ela, Magda cię potrzebuje! My cię potrzebujemy! Kto będzie odbierał dzieci? Kto ugotuje obiad? – jego głos stawał się coraz bardziej natarczywy.

Zawsze byłam dla nich. Dla Magdy, mojej jedynej córki, dla wnuków – Julki i Antka. Nawet po śmierci męża nie pozwoliłam sobie na chwilę słabości. Musiałam być silna. Ale ile można?

Przypomniałam sobie pierwszy raz, kiedy zobaczyłam Zbyszka. Poznaliśmy się na kursie tańca dla seniorów w domu kultury na Pradze. Był ciepły, dowcipny, a jego spojrzenie sprawiało, że czułam się młodsza o dwadzieścia lat. Po raz pierwszy od śmierci Andrzeja poczułam motyle w brzuchu.

– Mamo, Paweł ma rację – usłyszałam głos Magdy w słuchawce. Musiała podsłuchiwać rozmowę na głośniku. – Przecież nie możesz nas zostawić! Co powiemy dzieciom?

– Powiecie im prawdę. Że babcia też chce być szczęśliwa – odpowiedziałam drżącym głosem.

Nastała cisza. W tej ciszy usłyszałam wszystko: rozczarowanie córki, gniew zięcia i… własną samotność.

Wieczorem siedziałam przy kuchennym stole i patrzyłam na zdjęcia Andrzeja. Byliśmy razem 28 lat. On zawsze powtarzał: „Ela, nie zapomnij o sobie”. Ale ja zapomniałam. Najpierw była Magda, potem wnuki… A teraz? Teraz miałam szansę zacząć od nowa.

Telefon zadzwonił ponownie. Tym razem to była Zosia – moja przyjaciółka jeszcze z liceum.

– Ela, nie przejmuj się nimi – powiedziała stanowczo. – Masz prawo do szczęścia! Ile jeszcze będziesz żyła dla innych?

Westchnęłam ciężko.

– Ale co jeśli mają rację? Co jeśli powinnam zostać tą „babcią na zawołanie”?

– A co z tobą? Z twoimi marzeniami? – Zosia nie dawała za wygraną.

Przez całą noc przewracałam się z boku na bok. W głowie słyszałam słowa Pawła: „Kto ugotuje obiad?”. Jakby cała moja wartość sprowadzała się do rosołu i pierogów.

Następnego dnia poszłam do Magdy. Drzwi otworzyła mi wnuczka Julka.

– Babciu! Zostaniesz z nami dziś? – zapytała z nadzieją.

Poczułam ukłucie w sercu.

– Kochanie, dziś nie mogę. Mam spotkanie z przyjaciółmi – skłamałam.

W kuchni czekała już Magda.

– Mamo, musisz zrozumieć… Paweł dużo pracuje, ja też. Bez ciebie nie damy rady – powiedziała bez ogródek.

– A ja? Ja też mam prawo do życia! – wybuchłam nagle. – Przez całe życie byłam dla was! Czy naprawdę jestem tylko darmową gosposią?

Magda spuściła wzrok.

– Nie o to chodzi… Po prostu… boję się cię stracić.

Wtedy zrozumiałam. Ona nie była zła – była przerażona. Bała się zmian.

Wieczorem spotkałam się ze Zbyszkiem w kawiarni na Saskiej Kępie. Siedzieliśmy przy oknie, patrząc na przechodzących ludzi.

– Ela, nie musisz wybierać między mną a rodziną – powiedział cicho. – Ale zasługujesz na coś więcej niż bycie służącą.

Spojrzałam mu w oczy i po raz pierwszy od dawna poczułam spokój.

Przez kolejne tygodnie atmosfera w domu była napięta jak struna. Magda przestała dzwonić tak często. Paweł patrzył na mnie jak na intruza. Nawet dzieci wyczuwały napięcie.

Pewnego dnia Paweł zadzwonił ponownie.

– Ela, musimy porozmawiać – powiedział chłodno. – Jeśli naprawdę chcesz wyjść za tego faceta… to musisz wiedzieć, że nie będziemy mogli już liczyć na twoją pomoc tak jak dotąd.

Zadrżały mi ręce.

– Rozumiem – odpowiedziałam spokojnie. – Ale czy to znaczy, że przestaniecie mnie kochać?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

Wkrótce potem Magda przyszła do mnie sama.

– Mamo… Przepraszam. Bałam się cię stracić. Ale widzę, że jesteś szczęśliwsza niż kiedykolwiek – powiedziała ze łzami w oczach.

Przytuliłyśmy się mocno. Po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę.

Dziś jestem żoną Zbyszka. Nadal pomagam rodzinie, ale już nie kosztem siebie. Uczę się mówić „nie”. Uczę się być szczęśliwa.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: ile kobiet w Polsce po pięćdziesiątce ma odwagę zawalczyć o siebie? Czy naprawdę musimy wybierać między rodziną a własnym szczęściem?