Obietnice o królewskich zamkach dla naszego syna okazały się kłamstwem – historia matki z Pomorza

Wszystko pękło w jednej chwili – tej, gdy usłyszałam przez zamknięte drzwi łazienki, jak teściowa mojego syna mówi do swojej córki: „Niech twój mąż się nie rozpycha, to nie jego dom. Obiecałam jego matce złote góry, bo tak trzeba było. Teraz niech się nauczy pokory”. Stałam wtedy w przedpokoju z torbą pełną domowych pierogów i ogórków kiszonych, które zawsze pieczołowicie przygotowywałam dla syna. Nogi ugięły się pode mną. To był ten moment, kiedy poczułam, że wszystko, co budowałam przez lata – zaufanie, relacje rodzinne, marzenia o szczęściu dziecka – runęło jak domek z kart.

Mam na imię Elżbieta Nowicka. Mam 59 lat, mieszkam z mężem Andrzejem w małej wsi pod Wejherowem. Nasz syn, Paweł, był naszym oczkiem w głowie. Wychowywaliśmy go skromnie, ale z miłością. Zawsze powtarzałam: „Pieniądze to nie wszystko, najważniejsze to mieć dobre serce i nie bać się ciężkiej pracy”. Paweł był ambitny – skończył studia na Politechnice Gdańskiej i dostał pracę w Trójmieście. Kiedy poznał Martę, dziewczynę z Gdyni, byliśmy szczęśliwi. Wydawała się ciepła, uśmiechnięta, dobrze wychowana. Jej rodzice – państwo Domańscy – od początku robili wrażenie ludzi z klasą. Na swatach padły słowa, które do dziś dźwięczą mi w uszach: „Pani Elu, pani syn będzie miał u nas jak w pałacu! Pomagamy młodym, niech się nie martwi o przyszłość”.

Wesele było wielkie, na ponad sto osób. My z Andrzejem zadłużyliśmy się po uszy, żeby nie odstawać od rodziny Marty. Domańscy obiecywali: „My za mieszkanie, wy za wesele”. Po ślubie Paweł i Marta mieli zamieszkać w „ich apartamencie” – tak to określali. Wyobrażałam sobie nowoczesne mieszkanie w Gdyni, blisko morza. Marzyłam o tym, że mój syn będzie miał lepiej niż my.

Prawda okazała się brutalna. Apartament okazał się starym M4 na Chyloni – trzy pokoje, w których mieszkali już państwo Domańscy, ich dorosła córka z mężem i dwójką dzieci oraz teraz Paweł z Martą. Siedem osób na 60 metrach kwadratowych! Paweł dostał z Martą najmniejszy pokój – ledwo mieściło się tam łóżko i szafa. Kuchnia była wiecznie zajęta, łazienka oblężona od rana do nocy. O prywatności można było zapomnieć.

Na początku myślałam: „To tylko na chwilę”. Ale mijały miesiące, a sytuacja się pogarszała. Domańscy zaczęli wykorzystywać Pawła do wszystkiego – od naprawiania cieknącego kranu po wożenie ich na działkę pod Rumią. Marta coraz częściej stawała po stronie rodziców: „Paweł, przecież to normalne, że pomagasz rodzinie!”. Kiedy próbowałam rozmawiać z synem przez telefon, słyszałam tylko: „Mamo, daj spokój, nie chcę kłótni”.

Najgorsze były wizyty u nich. Pamiętam pierwszy raz – przyjechaliśmy z Andrzejem z koszem jedzenia i prezentami dla wnuczki Marty. Domańska spojrzała na nas chłodno: „Ojej, wiejskie specjały… No dobrze, postawcie tam”. Jej córka Justyna parsknęła śmiechem: „Mama, patrz jakie słoiki! U nas się takich rzeczy nie je”. Czułam się jak intruz we własnej rodzinie.

Andrzej próbował mnie pocieszać: „Ela, nie przejmuj się. Ważne, że Paweł jest szczęśliwy”. Ale czy był? Z każdym miesiącem widziałam jak gaśnie. Przestał dzwonić tak często jak dawniej. Kiedy przyjeżdżał do nas na wieś, był spięty i milczący. Raz przy obiedzie wybuchł płaczem: „Mamo… ja już nie wiem co robić. Marta mówi, że jak się wyprowadzimy to jej rodzice się obrażą i przestaną nam pomagać. Ale ja mam dość tej ciasnoty i wiecznych pretensji”.

Próbowałam rozmawiać z Martą:
– Marto, przecież twoi rodzice obiecywali pomoc…
– Mamo Pawła – przerwała mi chłodno – oni pomagają jak mogą. A wy? Co wy możecie dać?
Zatkało mnie.

Zaczęły się awantury między mną a Andrzejem. On uważał, że powinniśmy zostawić sprawy Pawłowi: „Jest dorosły, niech sam decyduje”. Ja nie mogłam patrzeć na cierpienie syna. Raz nawet pojechałam do Domańskich bez zapowiedzi.
– Pani Mario – powiedziałam do teściowej syna – proszę nie traktować mojego dziecka jak służącego.
– Pani Elżbieto – odpowiedziała lodowato – pani syn mieszka u nas za darmo. Trochę wdzięczności by się przydało.
Wróciłam do domu roztrzęsiona.

Paweł coraz częściej nocował u nas na wsi pod pretekstem pracy w terenie. Marta dzwoniła wtedy do mnie z pretensjami:
– Pani Elżbieto! Co pani mu nagadała? On ma rodzinę tutaj!
– Może czas pomyśleć o własnym mieszkaniu? – próbowałam tłumaczyć.
– A kto nam da pieniądze? Wy? Bo moi rodzice już pomagają wystarczająco!

Czułam się bezsilna. Nasze oszczędności pochłonął kredyt na wesele i remont starego domu po moich rodzicach. Nie mieliśmy jak wesprzeć Pawła finansowo.

Pewnego dnia Paweł zadzwonił późno wieczorem:
– Mamo… ja już nie mogę…
– Synku, wracaj do domu! Zaczniecie od nowa! – błagałam.
– Marta nie chce… Ona mówi, że jej rodzina to wszystko co ma.

Wtedy postanowiłam działać inaczej. Zaczęłam szukać dla nich taniego mieszkania do wynajęcia poza Trójmiastem. Rozmawiałam z sąsiadką ze wsi – jej brat miał pustostan pod Redą. Znalazłam nawet pracę dla Marty w lokalnym przedszkolu.

Kiedy powiedziałam o tym Pawłowi podczas kolejnej wizyty:
– Synku… znalazłam wam mieszkanie…
Spojrzał na mnie ze łzami w oczach:
– Mamo… ja już nie wiem czy Marta pójdzie za mną gdziekolwiek…

Wtedy pierwszy raz zobaczyłam w nim rezygnację. Nie był już tym samym chłopakiem co kiedyś – pewnym siebie, pełnym marzeń o własnym domu i rodzinie.

Kilka tygodni później Marta oznajmiła mu:
– Paweł… jeśli wyprowadzisz się od moich rodziców, zostaniesz sam.
Paweł wrócił wtedy do nas na wieś na kilka dni. Siedzieliśmy razem przy stole do późnej nocy:
– Mamo… czy ja naprawdę zasługuję tylko na takie życie?
Nie umiałam odpowiedzieć.

Dziś Paweł mieszka sam w wynajmowanym pokoju pod Redą. Marta została u rodziców z dzieckiem. Rozwód jest coraz bliżej.

Często pytam siebie: gdzie popełniłam błąd? Czy powinnam była walczyć ostrzej? Czy może lepiej było milczeć i pozwolić synowi samemu przeżyć tę lekcję życia?

Patrzę na zdjęcia Pawła sprzed lat i serce mi pęka. Czy naprawdę rodzina powinna być miejscem upokorzeń i kłamstw? Czy ktoś z was też musiał wybierać między dobrem dziecka a własną dumą? Jak znaleźć siłę by wybaczyć tym, którzy złamali nasze nadzieje?