Otworzyłem drzwi do swojej sypialni… i nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem

— Nie ruszaj tego, mówię ci! — syknął czyjś głos zza drzwi mojej sypialni.

Zamarłem z kluczem w dłoni. W korytarzu było ciemno, tylko lampka nocna w salonie rzucała żółtą smugę na parkiet. Wróciłem później niż zwykle, bo w Warszawie znowu wszystko stanęło — korek na Trasie Łazienkowskiej, wypadek, klaksony, ludzie przeklinający pod nosem. A ja, zamiast wreszcie odpocząć, stałem jak intruz we własnym domu i słuchałem, jak ktoś kłóci się w mojej sypialni.

Potem usłyszałem to. Ten dźwięk, którego nie da się pomylić z niczym innym: miękki szelest papieru i głuche pacnięcia o podłogę. Banknoty. Dużo banknotów. Jak deszcz, który spada nie z nieba, tylko z czyichś drżących rąk.

Serce uderzyło mi w gardło.

— Co wy robicie? — wyrwało mi się, zanim zdążyłem pomyśleć.

Nacisnąłem klamkę. Drzwi ustąpiły z lekkim skrzypnięciem, jakby same chciały mnie ostrzec. I wtedy zobaczyłem.

Na środku mojej sypialni, na dywanie, leżały rozsypane pliki pieniędzy. Pięćdziesiątki, setki, dwusetki. Jakby ktoś rozpruł worek z gotówką i wysypał zawartość w panice. Przy komodzie klęczała Anka, moja żona, w rozciągniętym swetrze, z włosami związanymi byle jak. Jej dłonie drżały, a oczy miała czerwone, jak po płaczu. Obok niej stał Bartek — mój młodszy brat — z twarzą napiętą, zaciśniętą szczęką, jakby zaraz miał wybuchnąć.

— Michał… — Anka wyszeptała moje imię tak, jakby to było przekleństwo.

— Ty… ty tu nie miałeś być — dodał Bartek, a w jego głosie było coś, co zabolało mnie bardziej niż sam widok pieniędzy. Strach? Wina? A może złość, że go przyłapałem.

— To jest mój dom. Moja sypialnia. Moje pieniądze. — Słowa wychodziły ze mnie twardo, choć w środku wszystko mi się trzęsło. — Co się dzieje?

Anka spojrzała na podłogę, jakby tam, między banknotami, leżała odpowiedź.

— To nie tak, jak myślisz — powiedziała szybko.

— A jak myślę? — parsknąłem. — Że moja żona i mój brat klęczą w nocy przy mojej komodzie i rozsypują gotówkę dla zabawy?

Bartek zrobił krok w moją stronę.

— Uspokój się. — Podniósł ręce w geście obronnym. — To… to jest na chwilę.

— Na chwilę?! — Poczułem, jak krew uderza mi do głowy. — Wy mi włamujecie się do szuflady i mówicie „na chwilę”?

Wtedy zobaczyłem, że szuflada, w której trzymałem koperty z gotówką, była wysunięta. Nie trzymałem tam wszystkiego, bo nie jestem idiotą, ale odkąd firma zaczęła przynosić naprawdę duże pieniądze, czasem wypłacałem gotówkę na różne sprawy: remont u mamy, zaliczka dla wykonawcy, premie dla ludzi. W Polsce nie wszystko da się załatwić przelewem, a ja nauczyłem się, że czasem szybciej jest „w kopercie”.

— Michał, proszę… — Anka podniosła wzrok. — To dla mamy.

— Dla mojej mamy? — powtórzyłem, jakbym nie rozumiał języka.

— Dla mojej mamy — poprawiła cicho.

I wtedy coś we mnie pękło. Bo jej mama, Halina, była tematem, który wracał jak bumerang. Zawsze coś: rachunki, leki, długi, „chwilówka”, „tylko na miesiąc”, „bo komornik”, „bo czynsz”. A ja, głupi, przez lata wierzyłem, że jak będę dokładał, to w końcu się uspokoi. Że jak dam więcej, to przestanie być problemem.

— Ile? — zapytałem.

Anka zacisnęła usta.

— Michał…

— Ile?! — krzyknąłem, a echo odbiło się od ścian.

Bartek schylił się i zaczął nerwowo zbierać banknoty.

— Nie rób scen — mruknął.

— Nie robić scen? — spojrzałem na niego. — Bartek, ty mi mówisz, żebym nie robił scen, kiedy stoisz w mojej sypialni o pierwszej w nocy i pakujesz moje pieniądze?

Anka wstała, chwiejnie, jakby miała zaraz zemdleć.

— To nie są „twoje” pieniądze — wypaliła nagle, a w jej głosie pojawiła się nuta, której nie znałem. — To są nasze pieniądze.

Zrobiło mi się zimno.

— Nasze? — powtórzyłem. — To czemu robicie to po cichu?

Milczenie było gęste jak dym.

Wtedy Bartek powiedział coś, co do dziś słyszę w głowie, kiedy w nocy nie mogę zasnąć.

— Bo ty byś nie zrozumiał.

Zaśmiałem się krótko, bez radości.

— Ja bym nie zrozumiał? — Podszedłem do komody i spojrzałem na pustą przestrzeń w szufladzie. — To ja przez dziesięć lat harowałem, żebyśmy mieli ten dom. To ja brałem kredyt, kiedy bank patrzył na mnie jak na śmiecia. To ja jeździłem po budowach, kiedy inni siedzieli w ciepłych biurach. I ja nie zrozumiem?

Anka otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

W mojej głowie zaczęły przewijać się obrazy: jak poznaliśmy się na studiach w Lublinie, jak wynajmowaliśmy kawalerkę z grzybem w łazience, jak jedliśmy makaron z ketchupem, bo „do pierwszego”. Jak obiecywałem jej, że kiedyś będzie inaczej. I było inaczej. Tylko że najwyraźniej „inaczej” oznaczało, że teraz można mnie okradać.

— Powiedz mi prawdę — powiedziałem ciszej. — Ile razy?

Anka spuściła głowę.

— To pierwszy raz — skłamała.

Nie wiem, skąd to wiedziałem, ale wiedziałem. Może z tego, jak szybko to powiedziała. Może z tego, że Bartek nawet na nią nie spojrzał.

— Bartek? — zwróciłem się do niego.

Mój brat przestał zbierać pieniądze. Wyprostował się i spojrzał mi prosto w oczy.

— Dobra. — Wzruszył ramionami. — Było kilka razy.

Anka syknęła:

— Bartek!

— Co „Bartek”? — odburknął. — I tak się dowiedział.

Poczułem, jak robi mi się słabo.

— Kilka razy… — powtórzyłem. — Ile to jest „kilka”?

Bartek odwrócił wzrok.

— Nie wiem. — Przełknął ślinę. — Dwa, trzy… może cztery.

— Cztery razy? — wyszeptałem.

Anka zaczęła płakać.

— Michał, ja nie chciałam… — łkała. — Ona dzwoniła, błagała, mówiła, że ją wyrzucą, że nie ma na prąd, że… że sobie coś zrobi.

— A ty? — zapytałem. — Ty przyszłaś do mnie? Powiedziałaś: „Michał, moja mama ma problem, pomóżmy jej mądrze”? Nie. Ty wzięłaś mojego brata i przyszłaś w nocy do mojej szuflady.

Bartek prychnął.

— Nie przesadzaj z tym „twojego”. — W jego głosie pojawiła się pogarda. — Ty zawsze wszystko liczysz. Zawsze musisz mieć kontrolę. Jakbyś był królem.

To zabolało, bo w tym było ziarno prawdy. Odkąd firma urosła, odkąd zacząłem zarabiać więcej niż ktokolwiek w mojej rodzinie, zacząłem też bać się, że to wszystko stracę. Że wrócę do tamtej kawalerki z grzybem. Że znowu będę nikim.

— Wiesz, czemu liczę? — zapytałem cicho. — Bo pamiętam, jak tata pił i przepijał wypłatę. Pamiętam, jak mama płakała, bo nie było na zeszyty. Pamiętam, jak ty, Bartek, miałeś dziurawe buty, a ja udawałem, że mi to nie przeszkadza, żebyś się nie wstydził.

Bartek zamilkł.

— I teraz ty mi mówisz, że jestem królem, bo nie chcę, żebyście wynosili pieniądze jak złodzieje?

Anka podeszła do mnie i próbowała dotknąć mojej ręki.

— Michał, proszę… — wyszeptała. — To nie jest tak, że ja cię nie kocham.

Cofnąłem się.

— A jak jest? — zapytałem.

Wtedy usłyszałem dźwięk telefonu. Anka spojrzała na ekran. Zbladła.

— To mama — powiedziała.

— Odbierz — rzuciłem.

Anka zawahała się, ale odebrała.

— Mamo… — zaczęła.

Z głośnika popłynął piskliwy, nerwowy głos Haliny:

— No i co?! Macie to?! Bo oni tu stoją, rozumiesz?! Ja nie żartuję, Anka! Oni mi drzwi wyważą!

Zamarłem.

— Kto stoi? — zapytałem, ale Anka tylko patrzyła na mnie przerażona.

Halina mówiła dalej, coraz szybciej:

— Ten łysy i ten drugi! Mówiłam ci, że jak nie będzie dziś, to będzie źle! Ja nie mam gdzie iść! Anka, ratuj mnie!

Wziąłem telefon z ręki Anki.

— Halina, tu Michał — powiedziałem spokojnie, choć w środku gotowało się we mnie. — Jakie „oni”?

Zapadła cisza.

— Michał? — Jej głos nagle zrobił się słodki. — O, Michałku… ja… ja nie chciałam cię mieszać.

— Już mnie zmieszałaś — odpowiedziałem. — Powiedz mi, komu jesteś winna pieniądze.

— Nikomu! — krzyknęła. — To tylko… to tylko chwilowe!

— Halina — powiedziałem twardo. — Albo mówisz prawdę, albo dzwonię na policję.

Anka jęknęła:

— Michał, nie…

Halina zaczęła płakać do telefonu.

— Ja… ja wzięłam… — szlochała. — Ja wzięłam pożyczkę. A potem drugą, żeby spłacić pierwszą. A potem… potem już nie wiedziałam, co robię. Oni powiedzieli, że jak nie oddam, to…

— To co? — zapytałem.

— To przyjdą do was — wyszeptała.

Poczułem, jak świat mi się przechyla. Nie chodziło już o pieniądze. Chodziło o to, że ktoś obcy, jakiś „łysy”, jakiś „drugi”, mógł wejść w nasze życie, do naszego domu, do naszego dziecka.

Bo w pokoju obok spała Zosia. Siedmioletnia, z pluszowym królikiem, który miał urwane ucho. Moja córka. Moje wszystko.

— Anka — powiedziałem cicho, odkładając telefon. — Ile ona jest winna?

Anka patrzyła na mnie jak na kogoś, kogo nie poznaje.

— Sto… sto dwadzieścia tysięcy — wyszeptała.

Zrobiło mi się niedobrze.

— Sto dwadzieścia tysięcy? — powtórzyłem. — I wy myśleliście, że wyniesiecie to z szuflady po cichu?

Bartek wtrącił:

— Michał, ty masz tyle w miesiąc.

Odwróciłem się do niego powoli.

— I co z tego? — zapytałem. — To znaczy, że można mnie doić jak krowę? Że mam płacić za cudze decyzje, bo „mam”? A jak nie zapłacę, to jestem potworem?

Anka podeszła bliżej.

— Ja się bałam — powiedziała. — Bałam się, że powiesz „nie”. Że powiesz, że to jej wina. A ja… ja nie umiem jej zostawić.

— A mnie umiesz okłamać — odpowiedziałem.

W jej oczach pojawił się gniew.

— Bo ty zawsze wszystko widzisz czarno-biało! — krzyknęła. — Ty nie rozumiesz, co to znaczy mieć matkę, która całe życie cię szantażuje! Która mówi, że jak jej nie pomożesz, to jesteś złą córką!

Zamilkłem. Bo nagle zobaczyłem Ankę nie jako moją żonę, tylko jako dziewczynę, która całe życie próbowała zasłużyć na miłość matki. I robiła to kosztem nas.

— Dlaczego Bartek? — zapytałem po chwili. — Czemu wciągnęłaś w to Bartka?

Anka spojrzała na niego.

— Bo on… — zawahała się.

Bartek warknął:

— Bo ja nie udaję świętego. — Uśmiechnął się krzywo. — Bo ja wiem, jak działa świat. A ty żyjesz w swojej bańce, Michał. Myślisz, że jak masz firmę i garnitur, to nikt cię nie ruszy.

— A ty? — zapytałem. — Ty co z tego masz?

Bartek zamilkł.

— Bartek — nacisnąłem.

W końcu powiedział:

— Halina obiecała mi, że jak to spłacimy, to… — urwał.

— To co? —

— Że da mi działkę po babci — wyrzucił z siebie. — Tę w Radomiu. Że przepisze na mnie, bo Anka i tak ma dom z tobą.

Patrzyłem na niego i nie wierzyłem. Mój brat, który kiedyś spał ze mną w jednym pokoju, który jadł ze mną z jednej miski zupę, teraz stał przede mną i przyznawał, że pomaga okradać mnie dla działki.

— Czyli to nie była pomoc rodzinie — powiedziałem cicho. — To był interes.

Bartek wzruszył ramionami, ale w jego oczach mignęło coś jak wstyd.

Wtedy z pokoju obok dobiegł cichy głos Zosi:

— Tato?

Zamarliśmy wszyscy.

Zosia stała w drzwiach w piżamie w misie, z rozczochranymi włosami. Patrzyła na rozsypane pieniądze, na zapłakaną Ankę, na Bartka, na mnie.

— Czemu mama płacze? — zapytała.

Anka rzuciła się do niej.

— Nic, kochanie, nic… — szeptała, przytulając ją mocno.

Zosia spojrzała na mnie.

— Tato, ty jesteś zły? —

Uklęknąłem, żeby być na jej wysokości.

— Jestem… smutny — powiedziałem. — Ale to nie twoja wina.

Zosia skinęła głową, jakby rozumiała więcej, niż powinna.

Kiedy wróciła do łóżka, a Anka zamknęła drzwi, w sypialni znowu zapadła cisza. Tylko banknoty leżały na dywanie jak dowód zbrodni.

— Co teraz? — zapytała Anka, głosem tak cichym, że ledwo ją słyszałem.

Patrzyłem na pieniądze i myślałem o tym, jak łatwo w Polsce mówi się o „bogaczach”. Że mają, to niech dają. Że jak ktoś się dorobił, to na pewno kombinował. Że jak nie pomoże, to sknera.

A ja nie czułem się bogaczem. Czułem się jak chłopak z dziurawymi butami, który w końcu kupił sobie nowe, a teraz wszyscy chcą mu je zabrać, bo „przecież ma”.

— Teraz — powiedziałem powoli — jedziemy do Haliny. Ale nie z pieniędzmi w reklamówce. Jedziemy tam i dowiadujemy się, z kim ona ma problem. I jutro idziemy do prawnika. I do banku. I do terapeuty, Anka. Bo to nie jest tylko jej dług. To jest twoja rana.

Anka patrzyła na mnie, jakby nie wierzyła.

— A Bartek? — zapytała.

Spojrzałem na brata.

— Bartek nie jedzie — powiedziałem. — Bartek wychodzi.

— Michał… — Bartek zrobił krok. — Nie przesadzaj.

— Wychodzisz — powtórzyłem. — I oddasz wszystko, co wziąłeś. Co do złotówki. A potem… potem zobaczymy, czy jeszcze jesteś moim bratem.

Bartek zacisnął pięści.

— Ty myślisz, że jesteś lepszy — syknął.

— Nie — odpowiedziałem. — Ja po prostu nie chcę, żeby moja córka budziła się w nocy i widziała, jak rodzina kradnie sobie nawzajem.

Bartek stał chwilę, jakby chciał coś powiedzieć, ale w końcu odwrócił się i wyszedł, trzaskając drzwiami.

Anka osunęła się na łóżko.

— Zniszczyłam wszystko — wyszeptała.

Usiadłem obok niej, ale nie dotknąłem jej.

— Nie wiem, czy zniszczyłaś wszystko — powiedziałem. — Ale wiem, że jeśli teraz tego nie zatrzymamy, to pieniądze będą rządzić nami do końca życia. A ja nie chcę tak żyć.

Wzięliśmy z dywanu banknoty, powoli, w milczeniu. Każdy szelest był jak wyrzut sumienia. Kiedy pakowałem je z powrotem do koperty, pomyślałem, że to nie są tylko pieniądze. To są godziny mojej pracy, moje nerwy, moje nieprzespane noce. Ale też — niestety — narzędzie, którym inni próbują kupić sobie spokój.

Tamtej nocy pojechaliśmy do Haliny. Nie będę udawał, że było jak w filmie, że wszystko się rozwiązało. Były krzyki, była policja, były groźby, był wstyd przed sąsiadami w bloku, którzy wyglądali przez judasze. Były rozmowy z prawnikiem, który mówił o umowach, odsetkach i windykacji. Były też rozmowy z Anką, najtrudniejsze w moim życiu, bo musiałem zdecydować, czy potrafię jeszcze patrzeć na nią bez podejrzeń.

Dziś, kiedy piszę te słowa, wciąż mieszkamy razem, ale nic nie jest „jak dawniej”. Zosia rośnie, a ja uczę się, że prawdziwe bogactwo to nie konto, tylko poczucie bezpieczeństwa w domu. Tylko jak je zbudować, kiedy najbliżsi potrafią w nocy otworzyć twoją szufladę?

Czy wy, na moim miejscu, wybaczylibyście Ance? A Bartkowi? I gdzie kończy się „pomoc rodzinie”, a zaczyna zwykła zdrada?