Pokonać przeciwności losu – historia Magdaleny z warszawskiego blokowiska
Drzwi do mieszkania zatrzęsły się pod naporem pięści. Była 23:40, a ja, Magdalena, siedziałam na podłodze w kuchni, ściskając w dłoni kubek zimnej herbaty. Syn spał w swoim pokoju, a ja po raz kolejny próbowałam nie myśleć o tym, że mój mąż nie wrócił na noc. Dzwonek do drzwi rozdarł ciszę. Zerwałam się, serce waliło mi jak młot.
– Kto tam? – zapytałam przez drzwi, próbując ukryć drżenie głosu.
– Policja. Proszę otworzyć.
W jednej sekundzie świat zawirował. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam dwóch funkcjonariuszy. Jeden z nich spojrzał na mnie ze współczuciem, drugi trzymał czapkę w dłoni.
– Czy pani Magdalena Nowicka? – zapytał.
– Tak… Co się stało?
– Pani mąż, Paweł Nowicki… miał wypadek samochodowy na Trasie Łazienkowskiej. Bardzo nam przykro…
Nie pamiętam, jak upadłam na kolana. Pamiętam tylko krzyk, który nie był moim głosem, a potem ciemność.
Kiedy się ocknęłam, siedziałam na kanapie, a obok mnie była sąsiadka, pani Zosia. Trzymała mnie za rękę i powtarzała coś o herbacie i o tym, że muszę być silna dla syna. Ale ja nie czułam nic. Paweł nie żył. Mój świat rozpadł się na kawałki.
Przez kolejne dni funkcjonowałam jak automat. Pogrzeb – tłum ludzi, szloch matki Pawła, zimne spojrzenia jego ojca. Mój syn, Michaś, miał wtedy sześć lat i nie rozumiał, dlaczego tata nie wraca do domu. Ja sama nie rozumiałam niczego.
Po pogrzebie zostałam sama w naszym dwupokojowym mieszkaniu na Bródnie. Rodzice przyjeżdżali codziennie, ale ich obecność bolała mnie jeszcze bardziej – przypominała mi o tym, jak bardzo jestem sama. Próbowałam wrócić do pracy w urzędzie miasta, ale nie potrafiłam skupić się na niczym. Michaś zaczął moczyć się w nocy i przestał mówić do mnie „mamo” – mówił tylko „Magda”.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie kobieta. Jej głos był cichy i drżący.
– Dzień dobry… Czy rozmawiam z Magdaleną Nowicką?
– Tak…
– Tu Anna Zielińska… Przepraszam, że dzwonię… Chodzi o Pawła…
Zamarłam. Anna Zielińska była sekretarką Pawła w firmie budowlanej.
– Co się stało? – zapytałam ostrożnie.
– Ja… jestem w ciąży. Z Pawłem. On obiecał… Proszę mi wybaczyć…
Nie pamiętam reszty rozmowy. Rzuciłam telefonem o ścianę i rozpłakałam się tak, jak jeszcze nigdy dotąd. Zdrada bolała bardziej niż śmierć.
Przez następne tygodnie żyłam jak cień. Michaś coraz częściej zamykał się w sobie. Moja matka próbowała mnie pocieszać:
– Madziu, musisz żyć dla dziecka! Nie możesz się poddać!
Ale ja nie chciałam żyć. Każda noc była walką z myślami o tym, że Paweł mnie zdradzał przez lata. Że miał drugie życie.
Pewnego wieczoru zadzwoniła Anna ponownie.
– Magdo… Przepraszam, że przeszkadzam. Nie mam nikogo… Moi rodzice wyrzekli się mnie przez tę ciążę… Nie mam gdzie mieszkać…
Chciałam rzucić słuchawką, ale usłyszałam w jej głosie rozpacz tak podobną do mojej własnej.
– Nie wiem, co mam zrobić – wyszeptała.
Milczałam długo. W końcu powiedziałam:
– Przyjedź jutro rano. Porozmawiamy.
Tej nocy nie spałam ani minuty. Rano Anna przyszła z małą walizką i oczami opuchniętymi od płaczu. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole.
– Paweł mówił mi, że wasze małżeństwo to fikcja – zaczęła Anna drżącym głosem.
Zacisnęłam pięści.
– Kłamał cię tak samo jak mnie – powiedziałam cicho.
Anna rozpłakała się i opowiedziała mi wszystko: jak Paweł obiecywał jej rozwód, jak wynajmował jej kawalerkę na Pradze i jak planował „nowe życie” po cichu. Było mi niedobrze od tych słów, ale patrząc na nią zobaczyłam dziewczynę młodszą ode mnie o dziesięć lat, przerażoną i samotną.
Przez kolejne tygodnie Anna mieszkała u mnie na kanapie. Michaś patrzył na nią nieufnie, ale z czasem zaczął zadawać pytania o „ciocię Anię” i jej rosnący brzuch. Moja matka była oburzona:
– Madziu! Jak możesz?! To dziecko twojego męża z inną kobietą!
Ale ja czułam, że jeśli ją wyrzucę – będę taka sama jak Paweł: tchórzliwa i okrutna.
Kiedy Anna urodziła córeczkę – Zosię – byłam przy niej w szpitalu. Trzymałam ją za rękę podczas porodu i płakałyśmy razem nad tym wszystkim, co nas spotkało.
Po powrocie do domu zaczęłyśmy żyć we trójkę: ja, Michaś i Anna z Zosią. Było ciężko – pieniędzy brakowało na wszystko, Anna szukała pracy jako kasjerka w Biedronce, a ja wróciłam do urzędu na pół etatu. Sąsiedzi plotkowali za plecami:
– Ta Nowicka to chyba zwariowała! Przyjęła kochankę męża pod swój dach!
Ale ja przestałam się przejmować opinią innych ludzi. Najważniejsze było to, że dzieci miały co jeść i gdzie spać.
Z czasem zaczęłyśmy być dla siebie rodziną. Michaś pokochał Zosię jak siostrę – bawił się z nią godzinami na placu zabaw pod blokiem. Anna pomagała mi w domu i wspierała mnie w najgorszych chwilach żałoby.
Pewnego dnia przyszła do mnie teściowa:
– Madziu… Wiem już wszystko… Chciałam ci powiedzieć… Przepraszam za to, jak cię traktowałam po śmierci Pawła…
Objęłyśmy się i płakałyśmy razem – pierwszy raz od lat poczułam ulgę.
Minęły dwa lata od śmierci Pawła. Dziś wiem jedno: można przeżyć zdradę i żałobę, można wybaczyć nawet największy ból i zacząć od nowa – choćby od zera. Anna jest dla mnie jak siostra, a Zosia jak druga córka.
Czasem patrzę na nasze dzieci bawiące się razem i myślę: czy gdyby nie ta tragedia – potrafiłabym być tak silna? Czy wy potrafilibyście wybaczyć komuś tak wielką krzywdę? Może właśnie w najgorszych chwilach rodzi się prawdziwa rodzina?