Telefon, który rozdarł ciszę: Jak dowiedzieliśmy się, że nasza córka jest ofiarą przemocy w przedszkolu
– Panie Kowalski, czy mógłby pan odebrać Zosię wcześniej? Coś się stało. – Głos pani Magdy, wychowawczyni z przedszkola, był napięty i drżący. W tej chwili poczułem, jakby ktoś ścisnął mi gardło. Był czwartek, godzina piętnasta, siedziałem w biurze i próbowałem skończyć raport dla szefa. Ale po tym telefonie nie byłem już w stanie skupić się na niczym innym. W głowie miałem tylko jedno: Co się stało mojej córce?
Wpadłem do przedszkola jak burza. Moja żona, Marta, już tam była. Stała na korytarzu, blada jak ściana, z oczami pełnymi łez. – Powiedzieli, że ktoś ją uderzył – wyszeptała, a ja poczułem, jak nogi uginają się pode mną. Weszliśmy razem do gabinetu dyrektorki. Tam siedziała pani Magda i nasza Zosia – skulona na krześle, z rozbitym kolanem i oczami wbitymi w podłogę.
– Zosia dzisiaj przyszła do mnie i powiedziała, że znowu ją popchnął Staś – zaczęła pani Magda. – To nie pierwszy raz. Próbowałam rozmawiać z jego rodzicami, ale dziś było już za dużo.
– Dlaczego nikt nam wcześniej nie powiedział? – Marta podniosła głos, a ja widziałem w niej narastającą furię. – Przecież to nie jest normalne!
Pani Magda przepraszała, tłumaczyła, że Staś jest trudnym dzieckiem, że już kilka razy rozmawiała z jego mamą. Ale ja słyszałem tylko cichy płacz Zosi. Kiedy wracaliśmy do domu, trzymała mnie za rękę tak mocno, że aż bolało.
W domu usiedliśmy w kuchni. Marta próbowała delikatnie dowiedzieć się, co się stało. – Zosiu, dlaczego nam nic nie powiedziałaś? – zapytała cicho.
Zosia wzruszyła ramionami. – Bałam się… Staś mówił, że jak powiem, będzie gorzej.
W tej chwili miałem ochotę rozwalić wszystko wokół siebie. Jak to możliwe, że w przedszkolu, gdzie miało być bezpiecznie, ktoś krzywdzi moje dziecko? Jak to możliwe, że nikt tego nie zauważył?
Następnego dnia poszliśmy do dyrektorki przedszkola. – Chcemy wiedzieć, co zamierzacie zrobić – powiedziała Marta stanowczo. Dyrektorka pani Zielińska wysłuchała nas i obiecała przyjrzeć się sprawie. – Wiecie państwo, jak jest… Dzieci jest dużo, personelu mało… Staramy się.
To nas nie uspokoiło. Wieczorem siedzieliśmy z Martą przy stole i kłóciliśmy się. – Powinniśmy zabrać Zosię z tego przedszkola – mówiła Marta. – A co jeśli gdzie indziej będzie tak samo? – odpowiadałem. – Nie możemy uciekać przed każdym problemem.
Kolejne tygodnie były koszmarem. Zosia nie chciała chodzić do przedszkola. Każdego ranka płakała i kurczowo trzymała się nas za nogi. Zaczęła moczyć się w nocy, była zamknięta w sobie i przestraszona. Nasza rodzina była na skraju wytrzymałości.
Moja mama dzwoniła codziennie: – Piotrze, musicie coś z tym zrobić! Ja bym im tam zrobiła porządek! Ale co mogliśmy zrobić? Wszędzie słyszy się o przemocy w szkołach, ale w przedszkolu? To przecież niemożliwe… czy na pewno?
Pewnej nocy usłyszałem Martę płaczącą w łazience. Usiadłem obok niej na zimnych kafelkach i objąłem ją mocno.
– Może jesteśmy złymi rodzicami? – wyszeptała przez łzy. – Może coś przeoczyliśmy?
– Nie jesteśmy złymi rodzicami – odpowiedziałem cicho. – Ale musimy pomóc Zosi.
Zaczęliśmy szukać pomocy u specjalistów. Umówiliśmy Zosię do psycholożki dziecięcej, pani dr Nowakowskiej. Po kilku spotkaniach powiedziała nam: – Zosia musi czuć się bezpieczna zarówno w domu, jak i w przedszkolu. Musicie z nią rozmawiać otwarcie i pokazać jej, że zawsze może wam ufać.
Wróciliśmy do przedszkola razem z psycholożką. Pani Zielińska zwołała spotkanie z rodzicami Stasia i innymi wychowawczyniami. Atmosfera była napięta jak struna.
– Mój syn nigdy by nikogo nie skrzywdził! – wykrzyknęła mama Stasia już na początku.
– Ale mamy relacje innych dzieci – wtrąciła pani Magda.
Rozpętała się burzliwa kłótnia pełna pretensji i łez. Ostatecznie dyrektorka zdecydowała: Staś będzie pod szczególnym nadzorem, a Zosia dostanie możliwość przejścia do innej grupy.
Czy to było rozwiązanie? Nie wiem. Zosia nadal była przestraszona, ale powoli zaczynała wracać do siebie. Każdego wieczora rozmawialiśmy o tym, co wydarzyło się w przedszkolu, bawiliśmy się razem i próbowaliśmy odbudować jej zaufanie do ludzi.
Pewnego wieczoru Zosia powiedziała: – Tato, dzisiaj nikt mnie nie popchnął. I wtedy poczułem łzy pod powiekami.
Te tygodnie zmieniły nas wszystkich. Już nigdy nie będę traktował bezpieczeństwa mojego dziecka jako czegoś oczywistego. Nauczyłem się pytać, słuchać i być wsparciem.
Ale ciągle pytam siebie: Ile jeszcze dzieci cierpi po cichu? Ilu rodziców wierzy, że ich dziecko jest bezpieczne – a tak naprawdę nie jest? Co wy byście zrobili na moim miejscu?