Uciekłam z domu, bo nie chciałam być tylko opiekunką mojego brata – czy miałam prawo wybrać siebie?

Wszystko zaczęło się od krzyku. „Natalia! Ile razy mam ci powtarzać, żebyś pomogła mi z Bartkiem?! On nie może sam zostać nawet na chwilę!” – głos mamy niósł się po całym mieszkaniu na osiedlu w Gdańsku. Stałam w przedpokoju, z plecakiem na ramieniu, a dłonie mi drżały. W środku czułam tylko pustkę i zmęczenie. Miałam siedemnaście lat i od dziecka byłam tą „od pomagania”.

Bartek, mój młodszy brat, urodził się z porażeniem mózgowym. Od zawsze był w centrum wszystkiego – jego rehabilitacje, leki, szpitale, płacz w nocy. Tata odszedł, gdy miałam dziewięć lat. Mama została sama i cała odpowiedzialność za dom spadła na mnie. „Jesteś starsza, musisz rozumieć” – powtarzała mi jak mantrę. Ale ja nie rozumiałam. Chciałam mieć swoje życie, marzenia, przyjaciół. Chciałam być po prostu Natalią.

Pamiętam, jak wróciłam kiedyś ze szkoły z piątką z matematyki. Chciałam się pochwalić. Mama nawet nie spojrzała na świadectwo. „Zrób Bartkowi obiad. Ja muszę zadzwonić do lekarza.” I tak było zawsze – moje sukcesy były nieważne, moje łzy niewidzialne.

Z czasem nauczyłam się nie mówić o sobie nic. W szkole byłam cicha, zamknięta w sobie. Koleżanki zapraszały mnie na urodziny, ale nigdy nie mogłam iść. „Bartek źle się dziś czuje”, „Mama musi jechać do apteki”, „Nie zostawię go samego”. Zazdrościłam im normalności – tego, że mogą wyjść z domu bez tłumaczenia się z każdej minuty.

Najgorsze były wieczory. Siedziałam przy biurku, próbując odrobić lekcje, a mama krzyczała z kuchni:
– Natalia! Przynieś pieluchy!
– Już idę!
– I podgrzej mu mleko! I nie zapomnij o lekach!

Czułam się jak służąca we własnym domu. Czasem płakałam w poduszkę, żeby nikt nie słyszał. Marzyłam o tym, żeby ktoś mnie przytulił i powiedział: „Wiem, że ci ciężko”. Ale nikt nie mówił.

Pewnego dnia wszystko pękło. Był piątek, wróciłam późno ze szkoły – miałam kółko teatralne, jedyną rzecz, która dawała mi radość. Mama już czekała w drzwiach.
– Gdzie byłaś?!
– Mamo, przecież mówiłam…
– Nie obchodzi mnie to! Bartek miał atak! A ty? Ty bawiłaś się gdzieś ze znajomymi! Egoistka!

Wtedy coś we mnie umarło. Przez całą noc nie mogłam spać. Rano spakowałam kilka rzeczy do plecaka – ubrania, książkę, trochę pieniędzy z komunii schowanych na czarną godzinę. Napisałam mamie kartkę: „Przepraszam. Muszę odejść. Nie umiem już tak żyć.”

Wyszłam z domu o świcie. Słońce dopiero wschodziło nad blokami na Zaspie. Serce waliło mi jak młotem. Bałam się wszystkiego – co będzie dalej? Gdzie pójdę? Ale wiedziałam jedno: jeśli zostanę, przestanę istnieć.

Najpierw pojechałam do Oliwii – jedynej osoby, której ufałam. Jej mama była pielęgniarką i od razu zobaczyła po mojej twarzy, że coś jest nie tak.
– Natalia? Co się stało?
– Musiałam… musiałam odejść z domu.
– O Boże…

Oliwia przytuliła mnie mocno. Płakałyśmy razem przez pół godziny. Potem jej mama zadzwoniła do mojej mamy.
– Pani Anno, Natalia jest u nas. Jest bezpieczna…
– Niech wraca natychmiast! – usłyszałam przez telefon krzyk mamy.
– Może lepiej porozmawiajmy spokojnie…
– Ona niszczy mi życie! Zostawiła mnie samą z chorym dzieckiem!

Siedziałam skulona na kanapie i czułam się jak najgorszy człowiek świata.

Przez kilka dni mieszkałam u Oliwii. Jej rodzice byli cudowni – dali mi spokój, pozwolili spać do południa, gotowali dla mnie obiady. Po raz pierwszy od lat poczułam się dzieckiem.

Mama dzwoniła codziennie:
– Wróć do domu! Bartek pyta o ciebie! Jak mogłaś?!
Czasem płakała do słuchawki:
– Ja już nie mam siły…
A czasem groziła:
– Jeśli nie wrócisz, zapomnij o rodzinie!

Nie wiedziałam co robić. Z jednej strony tęskniłam za Bartkiem – był moim bratem, kochałam go mimo wszystko. Z drugiej strony czułam ulgę – pierwszy raz od lat mogłam oddychać.

Po tygodniu mama przyszła do mieszkania Oliwii.
– Natalia, wracaj do domu! Proszę cię…
Patrzyła na mnie zapuchniętymi oczami.
– Mamo… ja już nie mogę…
– Myślisz tylko o sobie! Bartek cię potrzebuje!
– A kto pomyśli o mnie?

To była pierwsza kłótnia w życiu, kiedy powiedziałam jej wszystko: że czuję się niewidzialna, że nigdy nie byłam dla niej ważna, że mam dość życia tylko dla innych.
Mama rozpłakała się jeszcze bardziej.
– Nie rozumiesz… Ja też jestem zmęczona…

Wtedy zobaczyłam ją inaczej – nie jak potwora, ale jak kobietę złamaną przez życie.

Ale nie wróciłam do domu. Zamieszkałam u cioci w Sopocie. Pomogła mi znaleźć pracę w kawiarni i zapisać się do liceum wieczorowego. Było ciężko – musiałam sama zarabiać na jedzenie i książki. Często płakałam nocami z tęsknoty za Bartkiem.

Mama przestała dzwonić po kilku miesiącach. Przyszedł tylko jeden list:
„Nie wybaczę ci nigdy tego, co zrobiłaś.”

Minęły trzy lata. Skończyłam liceum z wyróżnieniem i dostałam się na psychologię na Uniwersytecie Gdańskim. Pracuję w fundacji pomagającej rodzinom dzieci z niepełnosprawnościami. Czasem widzę matki takie jak moja – zmęczone, samotne, pełne żalu do świata i własnych dzieci.

Bartek ma już dwanaście lat. Od czasu do czasu pisze do mnie krótkie wiadomości przez Messengera:
„Natalia, tęsknię.”
„Natalia, dostałem szóstkę z plastyki.”
Odpowiadam mu zawsze: „Jestem z ciebie dumna.”

Z mamą kontakt jest chłodny. Spotykamy się raz na rok na święta u babci. Rozmawiamy o pogodzie i cenach w sklepach.

Czasem pytam siebie: czy miałam prawo odejść? Czy egoizm to naprawdę wybór życia dla siebie? Czy można kochać rodzinę i jednocześnie ratować siebie?

Dziś wiem jedno: gdybym została w tamtym mieszkaniu na Zaspie, nie byłoby mnie już dawno – tej Natalii, która marzy i walczy o siebie.

Może czasem trzeba odejść, żeby móc wrócić innym silniejszą? Czy wy też kiedyś musieliście wybierać między sobą a rodziną? Jak żyć z takim wyborem?