„W ciąży nie wsiadaj do mojego auta!” – Moja historia o przesądach, rodzinnych konfliktach i samotności

– Wysiadaj, Anka! – głos Pawła odbił się echem od ścian parkingu, a ja przez chwilę nie wierzyłam, że mówi do mnie. Byłam w szóstym miesiącu ciąży, zmęczona po pracy, z torbą zakupów w jednej ręce i bólem pleców, który nie dawał mi spokoju od rana. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, próbując zrozumieć, czy to żart, czy może znowu coś mu się ubzdurało. – Słyszałaś? Wysiadaj! Nie chcę, żebyś w ciąży siedziała w moim nowym aucie. Wiesz, co mówią – to pech.

Zamarłam. Przez chwilę miałam ochotę się roześmiać, ale widząc jego poważną minę, poczułam, jak coś we mnie pęka. – Paweł, proszę cię, nie wygłupiaj się. Jest zimno, a ja ledwo chodzę. – Ale on był nieugięty. – Nie będę ryzykował. Mama mówiła, że jak ciężarna wsiądzie do nowego samochodu, to potem same nieszczęścia. Nie rozumiesz? – Wysiadłam. Trzasnęłam drzwiami, a łzy napłynęły mi do oczu. Stałam na tym parkingu, z torbą, z brzuchem, z poczuciem upokorzenia, jakiego nigdy wcześniej nie czułam.

To był początek końca. Przez kolejne dni Paweł był oschły, unikał mnie, a ja czułam się coraz bardziej obca w naszym własnym mieszkaniu. Próbowałam z nim rozmawiać, tłumaczyć, że to tylko przesąd, że przecież jesteśmy rodziną, że powinniśmy się wspierać. On jednak coraz częściej powtarzał słowa swojej matki, jakby to ona była jego żoną, a nie ja. – Mama mówi, że powinnaś więcej odpoczywać. Mama mówi, że nie powinnaś wychodzić sama. Mama mówi, że nie powinnaś dotykać noworodka przez pierwsze trzy dni. – Czułam się jak intruz w swoim własnym życiu.

Najgorsze było to, że nie miałam z kim o tym porozmawiać. Moja mama zmarła kilka lat temu, tata mieszkał na drugim końcu Polski i od dawna nie utrzymywaliśmy bliskiego kontaktu. Przyjaciółki? Każda zajęta swoim życiem, dziećmi, pracą. Kiedy próbowałam się zwierzyć Magdzie, usłyszałam tylko: – Oj, Anka, przesadzasz. Każdy facet ma jakieś dziwactwa. Przeczekaj, minie mu. – Ale ja czułam, że to nie minie. Że coś się zmieniło na zawsze.

Zaczęłam unikać wspólnych posiłków. Paweł coraz częściej wychodził z domu, tłumacząc się pracą albo spotkaniami z kolegami. Wieczorami leżałam sama w łóżku, głaszcząc brzuch i zastanawiając się, czy moje dziecko też będzie kiedyś tak samotne. Czułam, jak narasta we mnie lęk. Bałam się porodu, bałam się przyszłości, bałam się, że nie dam rady.

Wszystko pogorszyło się, kiedy przyszła teściowa. Weszła do mieszkania jak do siebie, rozejrzała się krytycznie i od razu zaczęła wydawać polecenia. – Aniu, nie powinnaś tyle siedzieć przy komputerze. To szkodzi dziecku. I nie jedz tych pomarańczy, bo potem dziecko będzie miało alergię. – Próbowałam się uśmiechnąć, ale czułam, jak narasta we mnie bunt. – Pani Krysiu, lekarz mówił, że mogę jeść owoce. – Ona tylko machnęła ręką. – Lekarze, lekarze… Oni się nie znają na życiu. – Paweł patrzył na mnie z wyrzutem, jakbym to ja była problemem.

Pewnego wieczoru, kiedy siedziałam w kuchni i płakałam w milczeniu, usłyszałam, jak Paweł rozmawia przez telefon z matką. – Nie wiem, co z nią zrobić, mamo. Cały czas jest niezadowolona, płacze, nie chce słuchać rad. – Poczułam się, jakby ktoś mnie uderzył. To ja byłam problemem. Ja, która przez lata starała się być dobrą żoną, partnerką, teraz byłam tylko ciężarem.

Zaczęłam coraz częściej wychodzić na spacery. Chodziłam po osiedlu, patrzyłam na inne kobiety z dziećmi, na rodziny, które wydawały się szczęśliwe. Zazdrościłam im. Zazdrościłam nawet tym, które kłóciły się na placu zabaw, bo przynajmniej miały z kim się kłócić. Ja miałam tylko siebie.

Któregoś dnia spotkałam sąsiadkę, panią Zofię. Miała ponad siedemdziesiąt lat, zawsze uśmiechnięta, z siatką zakupów. – Aniu, co taka smutna chodzisz? – zapytała. Nie wytrzymałam. Rozpłakałam się na środku chodnika, a ona przytuliła mnie mocno, jak własną córkę. – Wiesz, dziecko, faceci czasem głupieją, jak mają zostać ojcami. Ale ty musisz być silna. Dla siebie i dla tego maleństwa. – Jej słowa dały mi trochę otuchy, ale nie rozwiązały problemów.

W domu było coraz gorzej. Paweł przestał się do mnie odzywać. Jego matka przychodziła codziennie, kontrolowała, co jem, jak śpię, czy nie wychodzę za często. Czułam się jak więzień. Pewnego dnia, kiedy próbowałam wyjść na spacer, zatrzymała mnie w drzwiach. – Gdzie idziesz? W takim stanie nie powinnaś sama wychodzić. – Pani Krysiu, muszę się przewietrzyć. – Nie, nie pozwalam. – Wtedy coś we mnie pękło. – To nie pani decyduje o moim życiu! – krzyknęłam. Paweł wybiegł z pokoju, spojrzał na mnie z wściekłością. – Przestań się wydzierać! Mama ma rację. Zachowujesz się jak histeryczka.

Wróciłam do pokoju i zamknęłam się na klucz. Przez godzinę siedziałam na podłodze, płacząc i głaszcząc brzuch. – Przepraszam cię, maleństwo – szeptałam. – Przepraszam, że nie potrafię ci zapewnić lepszego domu. – Wtedy podjęłam decyzję. Muszę coś zmienić. Dla siebie, dla dziecka. Nie mogę dłużej żyć w takim upokorzeniu.

Następnego dnia spakowałam kilka rzeczy, zadzwoniłam do taty. – Tato, czy mogę przyjechać na jakiś czas? – zapytałam drżącym głosem. – Oczywiście, córeczko. Przyjedź, kiedy tylko chcesz. – Po raz pierwszy od miesięcy poczułam ulgę. Paweł nie próbował mnie zatrzymać. Patrzył tylko z wyrzutem, jakby to była moja wina.

Wyjechałam. U taty było inaczej – spokojniej, ciszej, bez ciągłych pretensji i przesądów. Powoli zaczęłam odzyskiwać siły. Tata nie zadawał zbędnych pytań, po prostu był. Pomagał mi, gotował, rozmawiał ze mną o wszystkim i o niczym. Zrozumiałam, jak bardzo brakowało mi zwykłej, ludzkiej życzliwości.

Czasem myślę, czy mogłam coś zrobić inaczej. Czy powinnam była walczyć o Pawła, o nasze małżeństwo? Czy to ja zawiodłam, czy może to on nie dorósł do roli męża i ojca? Dziś wiem jedno – nie można pozwolić, by przesądy i cudze opinie zniszczyły nasze życie. Każdy z nas zasługuje na szacunek i wsparcie, zwłaszcza wtedy, gdy najbardziej tego potrzebuje.

A Wy? Czy też czuliście się kiedyś tak bardzo samotni wśród najbliższych? Czy warto walczyć o rodzinę za wszelką cenę, nawet jeśli to oznacza rezygnację z siebie?