Wyrzucona z własnego życia: „Nie jesteś matką, jesteś przekleństwem” – Moja walka o syna i powrót z ciemności

— Wynoś się! — krzyknął Michał, trzaskając drzwiami tak mocno, że aż zadrżały szyby w oknach. Stałam w korytarzu naszego mieszkania na warszawskim Ursynowie, ściskając w dłoni torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami. Słyszałam płacz Antosia zza zamkniętych drzwi jego pokoju, ale nie mogłam nic zrobić. Michał stał na straży, jakby bronił twierdzy przed wrogiem. — To przez ciebie on jest chory! Ty go przeklęłaś! — wrzeszczał, a ja czułam, jak moje serce rozpada się na kawałki.

Jeszcze kilka miesięcy temu byliśmy zwyczajną rodziną. Michał pracował w banku, ja byłam nauczycielką w podstawówce. Antoś miał cztery lata i był naszym oczkiem w głowie. Wszystko zmieniło się nagle, kiedy lekarze zdiagnozowali u niego cukrzycę typu 1. Michał nie mógł się z tym pogodzić. Zaczął szukać winnych. Najpierw obwiniał lekarzy, potem siebie, aż w końcu całą winę zrzucił na mnie.

— To twoja rodzina ma złe geny! — powtarzał. — Twoja matka też była chora! Wiedziałem, że to się źle skończy!

Próbowałam tłumaczyć, że to nie moja wina, że choroba mogła spotkać każde dziecko. Ale on nie słuchał. Z dnia na dzień stawał się coraz bardziej obcy. Przestał ze mną rozmawiać, zaczął pić. W końcu przyszedł ten dzień, kiedy wyrzucił mnie z domu.

Zadzwoniłam do mamy. — Mamo, Michał mnie wyrzucił… — szlochałam do słuchawki.

— Co ty znowu narobiłaś? — usłyszałam chłodny głos. — Zawsze musisz coś zepsuć. Nie mogłaś zadbać o rodzinę?

Zostałam sama. Bez dachu nad głową, bez syna. Przez pierwsze dni spałam u koleżanki z pracy, potem wynajęłam pokój u starszej pani na Pradze. Każdego dnia myślałam tylko o Antosiu. Czy Michał daje mu insulinę? Czy pamięta o diecie? Czy Antoś płacze za mną?

Próbowałam dzwonić do Michała, ale nie odbierał. Pisałam SMS-y: „Jak Antoś?”, „Czy wszystko w porządku?”, „Proszę, pozwól mi go zobaczyć”. Odpowiedzi nie było.

W pracy zaczęli szeptać za moimi plecami. — Słyszałaś? Jej mąż ją wyrzucił… — mówiła jedna z nauczycielek na przerwie. — Podobno przez nią dziecko jest chore… — dodała druga.

Czułam się jak trędowata. Nawet własna matka nie chciała mnie przyjąć do domu. — Nie chcę mieć problemów z Michałem — powiedziała stanowczo. — To twój mąż, twoje sprawy.

Każdego dnia chodziłam pod nasze dawne mieszkanie i patrzyłam w okna. Czasem widziałam Antosia bawiącego się na balkonie. Machnęłam mu kiedyś ręką, ale Michał natychmiast go zabrał do środka.

W końcu zebrałam się na odwagę i poszłam do prawnika. — Chcę walczyć o syna — powiedziałam drżącym głosem.

— To będzie trudne — usłyszałam. — Ale nie niemożliwe.

Rozpoczęła się długa batalia sądowa. Michał oskarżał mnie o wszystko: zaniedbanie dziecka, złe geny, nawet o przemoc psychiczną. Przed sądem płakał i mówił, że boi się zostawić Antosia pod moją opieką.

— Proszę pani sędzi, ona jest niestabilna emocjonalnie! — krzyczał.

Ja miałam tylko prawdę i miłość do syna. Przedstawiałam zaświadczenia od lekarzy, opinie psychologa szkolnego, prosiłam o przesłuchanie sąsiadów.

Najgorsze były wizyty kuratora. Przychodziła do wynajmowanego pokoju i patrzyła na mnie z politowaniem.

— Jak pani zamierza utrzymać dziecko w takich warunkach? — pytała.

— Znajdę mieszkanie… Już szukam pracy dodatkowej… — tłumaczyłam się gorączkowo.

Czułam się jak zwierzę zapędzone w kozi róg. Każdego dnia walczyłam o przetrwanie i o to, by nie zwariować z tęsknoty za synem.

Pewnego dnia dostałam wiadomość od sąsiadki: „Twój mąż zostawił Antosia samego w domu na kilka godzin”. Serce mi stanęło. Zadzwoniłam na policję. Przyjechali i zabrali Michała na komisariat. To był przełom.

Sąd przyznał mi prawo do widzeń z synem pod nadzorem kuratora. Po raz pierwszy od miesięcy mogłam przytulić Antosia.

— Mamusiu, dlaczego mnie zostawiłaś? — zapytał cicho, patrząc na mnie wielkimi oczami.

Łzy spływały mi po policzkach.

— Nie zostawiłam cię, kochanie… Walczyłam o ciebie każdego dnia…

Powoli zaczęliśmy odbudowywać naszą więź. Michał coraz częściej zostawiał Antosia pod moją opieką, bo sam nie radził sobie z jego chorobą i obowiązkami.

Po roku sąd przyznał mi opiekę naprzemienną. Wynajęłam małe mieszkanie na Bielanach i urządziłam pokój dla syna. Zaczęliśmy żyć od nowa – skromnie, ale razem.

Czasem budzę się w nocy zlana potem i słyszę w głowie słowa Michała: „Nie jesteś matką, jesteś przekleństwem”. Ale patrzę wtedy na śpiącego obok Antosia i wiem, że warto było walczyć.

Czy naprawdę można odebrać matce prawo do miłości tylko dlatego, że los okazał się okrutny? Ile jeszcze kobiet musi przejść przez piekło wykluczenia i samotności, zanim ktoś uwierzy w ich niewinność?