Z prawdziwego życia: „Chcę wreszcie żyć dla siebie, nie tylko dla rodziny”
– Mamo, gdzie są moje klucze?! – krzyknęła Ania z przedpokoju, a ja, jak zawsze, rzuciłam wszystko i pobiegłam jej pomóc. Klucze leżały na półce, tam gdzie zawsze, ale ona nigdy nie miała czasu ich szukać. Zamiast tego, miała mnie. Tak samo jak jej brat, Tomek, który właśnie wchodził do kuchni, rzucając plecak na podłogę i prosząc o kanapki na drogę. Mój mąż, Marek, siedział przy stole, czytając gazetę i nawet nie podniósł wzroku, gdy poprosiłam go, żeby pomógł mi z obiadem.
Od pięćdziesięciu lat jestem żoną, matką, gospodynią. Zawsze na posterunku, zawsze gotowa, by rozwiązać każdy problem, ugasić każdy pożar. Nawet teraz, gdy dzieci są dorosłe, a wnuki przyjeżdżają tylko w weekendy, wszyscy oczekują, że będę na ich zawołanie.
Czasem, gdy dom pustoszeje, siadam w fotelu i patrzę przez okno na szare, warszawskie blokowisko. Zastanawiam się, kiedy ostatni raz zrobiłam coś tylko dla siebie. Kiedy ostatni raz poczułam, że żyję.
Pamiętam, jak miałam dwadzieścia lat i marzyłam o podróżach. Chciałam zobaczyć Paryż, nauczyć się francuskiego, może nawet napisać książkę. Ale potem poznałam Marka. Był przystojny, pewny siebie, obiecywał mi świat. Zamiast tego dostałam mieszkanie w bloku, dwójkę dzieci i niekończące się obowiązki.
– Mamo, a gdzie jest mój szalik? – Ania znowu.
– Na wieszaku, kochanie – odpowiadam automatycznie, choć w środku czuję, jak narasta we mnie frustracja.
Czasem próbuję z nimi rozmawiać. Mówię, że jestem zmęczona, że chciałabym odpocząć, pojechać gdzieś sama, choćby na kilka dni. Ale wtedy Marek patrzy na mnie jak na wariatkę.
– Przecież masz wszystko, czego potrzeba – mówi. – Dom, rodzinę, zdrowie. Czego ci jeszcze brakuje?
Nie potrafię mu odpowiedzieć. Bo jak wytłumaczyć komuś, kto nigdy nie musiał rezygnować z siebie, że to nie wystarcza? Że czuję się jak cień samej siebie?
Ostatnio coraz częściej budzę się w nocy z uczuciem pustki. Nie mogę spać, więc chodzę po mieszkaniu, dotykam starych zdjęć, wspominam. Na jednym z nich mam dwadzieścia dwa lata, stoję na peronie w Krakowie, uśmiecham się szeroko, w ręku trzymam bilet do Warszawy. Wtedy wszystko wydawało się możliwe. Teraz czuję, jakby życie mnie ominęło.
W zeszłym tygodniu odwiedziła mnie sąsiadka, pani Zosia. Jest ode mnie starsza o kilka lat, ale pełna energii. Chodzi na zajęcia z tańca, uczy się włoskiego, jeździ na wycieczki z klubem seniora. Patrzyłam na nią z zazdrością.
– Krysiu, czemu nie pójdziesz ze mną na te zajęcia? – zapytała. – Przecież dzieci już dorosłe, wnuki też nie potrzebują cię na co dzień. Zrób coś dla siebie!
Chciałam jej powiedzieć, że nie mogę. Że Marek nie zrozumie, że dzieci się obrażą, że dom się zawali beze mnie. Ale czy to prawda? Czy to nie ja sama siebie więżę?
Wieczorem spróbowałam porozmawiać z Markiem.
– Marek, myślałam, żeby zapisać się na kurs tańca. Może nawet pojechać z Zosią na wycieczkę do Włoch.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
– W tym wieku? Krysiu, nie wygłupiaj się. Po co ci to? Lepiej odpocznij, poczytaj książkę.
Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Czy naprawdę jestem już tylko dodatkiem do tego domu? Czy nie mam prawa do własnych marzeń?
Następnego dnia zadzwoniła Ania. Była zdenerwowana, bo nie mogła znaleźć opiekunki dla swojej córki. Oczywiście, poprosiła mnie, żebym przyszła. Zgodziłam się, choć miałam już inne plany. Znowu odłożyłam siebie na później.
Wieczorem, gdy wróciłam do pustego mieszkania, usiadłam na łóżku i rozpłakałam się jak dziecko. Czułam się samotna, niewidzialna, niepotrzebna. Przez głowę przeszła mi myśl, że może już za późno na zmiany. Że całe życie byłam tylko tłem dla innych.
Ale potem przypomniałam sobie panią Zosię. Jej uśmiech, energię, radość życia. Może jednak nie wszystko stracone?
Następnego ranka zadzwoniłam do niej.
– Zosiu, czy twoja propozycja jest jeszcze aktualna?
– Oczywiście, Krysiu! – odpowiedziała z entuzjazmem. – Zaczynamy w przyszłym tygodniu. Przyjdź, zobaczysz, jak to zmienia życie!
Po raz pierwszy od lat poczułam coś na kształt nadziei. Może jeszcze nie jest za późno, żeby zawalczyć o siebie?
Wieczorem, gdy Marek wrócił z pracy, powiedziałam mu, że zapisałam się na kurs tańca. Nie pytałam o zgodę. Po prostu oznajmiłam. Spojrzał na mnie zaskoczony, ale nie powiedział nic. Może w końcu zrozumie, że nie jestem tylko dodatkiem do jego życia.
Dziś patrzę w lustro i widzę kobietę, która przez lata zapomniała o sobie. Ale widzę też kogoś, kto wreszcie zaczyna walczyć o własne szczęście. Czy to egoizm? Czy mam do tego prawo?
A wy, jak myślicie? Czy naprawdę można zacząć żyć dla siebie, nawet jeśli przez całe życie żyło się dla innych?