Zniknięcie mojego syna: Opowieść matki, która straciła wszystko w jeden dzień

Deszcz bębnił o parapet, kiedy usłyszałam gwałtowne pukanie do drzwi. Była siódma rano, a ja właśnie parzyłam sobie kawę, próbując zebrać myśli po kolejnej bezsennej nocy. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam młodą kobietę, całą przemokniętą, z rozmazanym makijażem i oczami czerwonymi od płaczu. „Pani Anna?” zapytała drżącym głosem. „Jestem Marta… narzeczona Pawła. On… on zaginął. Dwa tygodnie temu. Nikt nie wie, gdzie jest.”

W tej chwili poczułam, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi. Paweł, mój jedyny syn, z którym ostatnio coraz rzadziej rozmawiałam, bo był zajęty pracą i swoim życiem. Ostatni raz widziałam go trzy tygodnie temu, kiedy wpadł na chwilę, żeby zostawić mi klucze do swojego mieszkania, bo miał wyjechać służbowo do Warszawy. Powiedział, że zadzwoni, jak wróci. Nie zadzwonił. Myślałam, że jest zajęty, że może się pokłóciliśmy o coś, co powiedziałam nieopatrznie. Ale teraz, patrząc na Martę, zrozumiałam, że stało się coś znacznie gorszego.

Marta usiadła na kanapie, a ja podałam jej herbatę. Drżała, a jej dłonie ściskały kubek tak mocno, jakby od tego zależało jej życie. „Policja nic nie robi,” wyszeptała. „Mówią, że dorosły facet może zniknąć, jeśli chce. Ale Paweł by mnie nie zostawił. Nie tak.”

W głowie miałam mętlik. Próbowałam sobie przypomnieć, czy Paweł mówił mi o Marcie. Wspominał kiedyś o dziewczynie, ale nigdy nie przedstawił mi jej osobiście. Czyżby ukrywał przede mną tak ważną część swojego życia? Dlaczego? Czy coś przede mną zataił?

Zaczęłyśmy z Martą dzwonić po jego znajomych, kolegach z pracy, nawet do sąsiadów z bloku, w którym wynajmował mieszkanie. Nikt nic nie wiedział. Jeden z sąsiadów powiedział, że widział Pawła wychodzącego z walizką, ale nie był pewien, czy to było dwa czy trzy tygodnie temu. W pracy powiedzieli, że Paweł wziął urlop na żądanie i nie podał powodu. Jego telefon był wyłączony. Konto na Facebooku – nieaktywne od dwóch tygodni.

Wieczorami siedziałam na kanapie, patrząc w okno i zastanawiając się, co mogłam przeoczyć. Czy był nieszczęśliwy? Czy miał kłopoty, o których nie chciał mi powiedzieć? A może to ja byłam zbyt zajęta własnym życiem, by zauważyć, że coś jest nie tak? Wspominałam nasze ostatnie rozmowy, szukałam w nich ukrytych znaczeń, znaków ostrzegawczych. Nic nie znalazłam. Paweł zawsze był zamknięty w sobie, nie lubił mówić o problemach.

Marta została u mnie na noc. W środku nocy obudził mnie jej płacz. „On nie zniknąłby tak po prostu,” powtarzała. „Miał plany, chciał się oświadczyć, szukał mieszkania dla nas. Coś mu się stało, czuję to.”

Następnego dnia poszłyśmy na policję. Przesłuchali nas, zadawali pytania, na które nie znałam odpowiedzi. Czy Paweł miał wrogów? Czy miał długi? Czy był ostatnio przygnębiony? Nie wiedziałam. Czułam się jak najgorsza matka na świecie. Jak mogłam nie wiedzieć, co dzieje się w życiu mojego syna?

Po powrocie do domu zaczęłam przeglądać jego rzeczy, które zostawił u mnie w pokoju. Znalazłam stary notes, w którym zapisywał różne rzeczy – adresy, numery telefonów, krótkie notatki. Jedna z nich przykuła moją uwagę: „Spotkanie z Jankiem – 12.05, 18:00, stara fabryka.” Janek – jego dawny przyjaciel z liceum, z którym pokłócili się kilka lat temu. Co Paweł miał do załatwienia z Jankiem?

Zadzwoniłam do Janka. Odebrał po kilku sygnałach. „Nie wiem, gdzie jest Paweł,” powiedział od razu, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. „Spotkaliśmy się wtedy, ale rozmawialiśmy tylko chwilę. Był spięty, mówił, że musi coś załatwić. Nie chciał powiedzieć co.”

Zaczęłam podejrzewać, że Paweł wplątał się w coś, o czym nie miałam pojęcia. Może długi? Może ktoś mu groził? Przypomniałam sobie, że kilka miesięcy temu wspominał o problemach w pracy, o jakimś konflikcie z szefem. Ale wtedy zbył temat żartem. Czy to mogło mieć związek z jego zniknięciem?

Marta coraz częściej płakała, a ja czułam, że tracę rozum. Zaczęłyśmy same prowadzić śledztwo. Przeglądałyśmy jego maile, wiadomości, szukałyśmy czegokolwiek, co mogłoby nas naprowadzić na trop. W jednej z wiadomości do kolegi z pracy Paweł napisał: „Nie mogę już dłużej tego ciągnąć. Muszę się z tego wyplątać, zanim będzie za późno.”

Co miał na myśli? Czy ktoś go szantażował? Czy był zamieszany w coś nielegalnego? Zaczęłam się bać. Bałam się, że prawda, którą odkryję, będzie gorsza niż sama niewiedza.

Minęły kolejne dni. Policja nie miała żadnych nowych informacji. Marta wróciła do siebie, ale codziennie dzwoniła, pytała, czy coś się zmieniło. Ja coraz częściej zamykałam się w sobie, nie odbierałam telefonów od znajomych, nie chodziłam do pracy. Moje życie zatrzymało się w miejscu.

Pewnego wieczoru zadzwonił nieznany numer. „Pani syn żyje,” usłyszałam w słuchawce męski, zniekształcony głos. „Niech pani nie szuka. To dla jego dobra.” Połączenie zostało przerwane. Zamarłam. Czy to był żart? Groźba? Nadzieja?

Zgłosiłam to na policję, ale oni tylko wzruszyli ramionami. „Może to głupi żart,” powiedział funkcjonariusz. Ale ja wiedziałam, że to nie był żart. Ktoś wiedział, co się stało z Pawłem. Ktoś chciał, żebym przestała szukać.

Nie przestałam. Zaczęłam rozmawiać z ludźmi, których Paweł znał. Dowiedziałam się, że ostatnio był bardzo nerwowy, unikał spotkań, nie odbierał telefonów. Ktoś widział go w towarzystwie mężczyzny, którego nikt nie znał. Ktoś inny powiedział, że Paweł mówił o wyjeździe za granicę. Ale ja czułam, że to nie była prawda. Paweł nie zostawiłby mnie i Marty bez słowa.

Minęły dwa miesiące. Każdego dnia budziłam się z nadzieją, że zadzwoni telefon, że Paweł wróci, że wszystko się wyjaśni. Ale nic się nie zmieniało. Zostałam sama, z tysiącem pytań i żadną odpowiedzią. Straciłam syna, straciłam spokój, straciłam wiarę w to, że znam ludzi, których kocham najbardziej.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy naprawdę znałam swojego syna? A może każdy z nas nosi w sobie tajemnice, których nigdy nie odkryjemy? Co byście zrobili na moim miejscu? Czy szukalibyście dalej, czy pozwolilibyście odejść?