„Cały dzień nic nie robisz?” – Prawda o macierzyństwie, której nikt nie chce słyszeć

– Iwona, naprawdę… cały dzień siedzisz w domu i nic nie robisz? – głos Marka rozbrzmiał w kuchni jak wyrok. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, próbując domyć butelkę po mleku. W pokoju obok cicho popiskiwała Zosia, nasza dwumiesięczna córka.

Zamarłam. Chciałam odpowiedzieć, ale w gardle utknął mi ogromny, niewypowiedziany żal. Przez chwilę patrzyłam na swoje odbicie w oknie – rozczochrane włosy, podkrążone oczy, szlafrok, który już dawno powinien trafić do prania.

– Nic nie robię? – powtórzyłam cicho, bardziej do siebie niż do niego. – Zosia dziś spała tylko trzy godziny. Resztę czasu płakała albo wisiała przy piersi. Nie miałam kiedy zjeść śniadania…

Marek wzruszył ramionami i sięgnął po telefon. – Przesadzasz. Moja mama mówiła, że dzieci tylko śpią i jedzą. Ty się za bardzo przejmujesz.

Zacisnęłam zęby. Chciałam krzyczeć, ale nie miałam siły. Od tygodni czułam się jak cień samej siebie. Każdy dzień wyglądał tak samo: pobudka o piątej rano, przewijanie, karmienie, usypianie, pranie, sprzątanie, gotowanie. I ciągłe poczucie winy – bo dom nie jest idealnie czysty, bo nie mam siły się uśmiechać, bo Zosia płacze, a ja nie wiem dlaczego.

Wieczorami leżałam na kanapie i płakałam w poduszkę. Czułam się niewidzialna. Marek wracał z pracy zmęczony i rozdrażniony, a ja nie miałam prawa być zmęczona – przecież „siedzę w domu”.

Pewnego dnia zadzwoniła moja mama.

– Iwonko, jak się czujesz?

– Dobrze… – skłamałam odruchowo.

– Na pewno? Słyszę po głosie, że coś jest nie tak.

Zawahałam się. Przez chwilę miałam ochotę wykrzyczeć jej wszystko: że jestem wykończona, że boję się zostać sama z dzieckiem, że Marek mnie nie rozumie. Ale wiedziałam, co usłyszę: „Tak już jest, każda matka przez to przechodzi”.

Zamiast tego powiedziałam tylko:

– Jest ciężko.

Mama westchnęła.

– Wiem, kochanie. Ale dasz radę.

Tego wieczoru Zosia dostała kolki. Płakała przez trzy godziny bez przerwy. Siedziałam z nią na rękach i kołysałam ją do utraty tchu. Marek zamknął się w sypialni z laptopem.

– Może ją źle karmisz? – rzucił przez drzwi.

Poczułam, jak coś we mnie pęka.

Następnego dnia poszłam do przychodni na szczepienie Zosi. W poczekalni spotkałam Anię – koleżankę ze studiów, która też niedawno została mamą.

– Jak sobie radzisz? – zapytała cicho.

Spojrzałam na nią i zobaczyłam w jej oczach to samo zmęczenie i zagubienie.

– Ledwo…

Usiadłyśmy obok siebie i przez chwilę milczałyśmy.

– Mój mąż też uważa, że przesadzam – powiedziała nagle Ania. – Że przecież dziecko tylko śpi i je…

Poczułam ulgę. Nie jestem sama.

Wieczorem zebrałam się na odwagę i powiedziałam Markowi:

– Potrzebuję pomocy. Nie daję rady sama.

Spojrzał na mnie zaskoczony.

– Przecież wszystko jest dobrze…

– Nie jest! – głos mi zadrżał. – Jestem wykończona. Czuję się samotna. Boję się czasem własnych myśli…

Marek milczał długo. W końcu podszedł i objął mnie nieporadnie.

– Przepraszam… Nie wiedziałem.

Nie wiem, czy naprawdę zrozumiał. Ale od tego dnia zaczął częściej pytać, czy czegoś potrzebuję. Zaczął kąpać Zosię wieczorami i czasem sam robił zakupy.

To był mały krok, ale dla mnie ogromny.

Dziś wiem jedno: nikt nas nie przygotowuje na prawdziwe macierzyństwo. Nikt nie mówi o samotności, zmęczeniu, lęku i poczuciu winy. O tym, jak łatwo można się pogubić i jak bardzo potrzebujemy wsparcia – nie tylko od partnera, ale też od społeczeństwa.

Czasem patrzę na Zosię i myślę: czy kiedyś będzie łatwiej? Czy nauczymy się w końcu rozmawiać o tym, co naprawdę czują matki?

A Wy? Czy też czuliście się kiedyś tak bardzo samotni we własnym domu?