Czy emerytura to tylko nasza sprawa? Historia matki, która musiała wybrać między własnym szczęściem a rodziną

– Mamo, wy sobie jeździcie po świecie, a my tonemy w długach! – głos mojej córki, Agaty, przeszył mnie jak nóż. Stałam przy kuchennym oknie, patrząc na ogród, który wreszcie miałam czas pielęgnować. W słuchawce słyszałam jej roztrzęsiony oddech. – Czy wy w ogóle myślicie o nas?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przez całe życie z mężem, Andrzejem, pracowaliśmy ciężko – on jako kierowca autobusu miejskiego w Krakowie, ja jako pielęgniarka w szpitalu na Prokocimiu. Odkładaliśmy każdy grosz, byle tylko dzieciom niczego nie brakowało. Teraz, po czterdziestu latach pracy, po raz pierwszy poczuliśmy, że możemy pomyśleć o sobie. Kupiliśmy mały samochód kempingowy i zaczęliśmy zwiedzać Polskę – Mazury, Bieszczady, morze. Wysyłaliśmy Agacie zdjęcia z naszych wypraw, myśląc naiwnie, że ją to ucieszy.

– Agata, przecież zawsze możesz do nas zadzwonić, jeśli potrzebujesz pomocy – próbowałam mówić spokojnie.

– Pomocy? – przerwała mi ostro. – Mamo, nie chodzi tylko o pieniądze. Chodzi o to, że czuję się zostawiona sama sobie. Ty i tata żyjecie jakbyście nie mieli już rodziny!

Poczułam, jak ściska mnie w gardle. Przecież zawsze byłam dla niej. Kiedy była mała i miała astmę, nie spałam po nocach przy jej łóżku. Gdy poszła na studia do Warszawy i nie mogła znaleźć pracy, wysyłałam jej paczki z jedzeniem i drobne pieniądze na czynsz. Nawet kiedy wyszła za mąż za Pawła – chłopaka, którego nie do końca akceptowaliśmy – starałam się być wsparciem.

Ale teraz Agata miała trzydzieści pięć lat, dwójkę dzieci i własne życie. Zawsze powtarzałam sobie: „Dzieci wychowuje się dla świata”. Czy to znaczyło, że mogę wreszcie być trochę egoistką?

Wieczorem opowiedziałam Andrzejowi o rozmowie z Agatą. Siedzieliśmy przy stole w naszym małym salonie na osiedlu Ruczaj.

– Może rzeczywiście powinniśmy jej pomóc? – powiedziałam cicho.

Andrzej spojrzał na mnie spod krzaczastych brwi.

– Pomagaliśmy całe życie. Ile jeszcze mamy dawać? Chciałem wreszcie pożyć trochę dla siebie. Czy to takie złe?

Nie odpowiedziałam. W nocy długo nie mogłam zasnąć. W głowie krążyły mi słowa Agaty: „Wy sobie jeździcie po świecie…”. Czy rzeczywiście byliśmy samolubni?

Następnego dnia zadzwoniła do mnie moja siostra, Teresa.

– Słyszałam od Agaty, że się pokłóciłyście – zaczęła bez ogródek. – Wiesz, ona ma teraz ciężko. Paweł stracił pracę w pandemii, a kredyt na mieszkanie ich przygniata.

– Ale przecież nie możemy oddać im wszystkiego! – wybuchłam. – My też mamy prawo do życia!

– Masz rację – powiedziała Teresa łagodnie. – Ale pamiętaj, że dla dzieci rodzice zawsze są ostoją. Nawet jeśli mają własne rodziny.

Przez kolejne dni chodziłam jak struta. Andrzej próbował mnie pocieszać:

– Zobaczysz, jeszcze zatęsknią za naszymi opowieściami z podróży. Nie możemy żyć tylko dla innych.

Ale ja czułam się rozdarta. Z jednej strony chciałam być matką wspierającą i obecna w życiu córki. Z drugiej – miałam już dość poświęceń.

W końcu postanowiłam odwiedzić Agatę bez zapowiedzi. Pojechałam tramwajem na jej osiedle na Kurdwanowie. W drzwiach przywitała mnie wnuczka, Zosia.

– Babciu! – rzuciła mi się na szyję.

Agata stała w kuchni z podkrążonymi oczami.

– Przepraszam za tamtą rozmowę – powiedziała cicho. – Po prostu czasem mam wrażenie, że wszyscy ode mnie czegoś chcą.

Usiadłyśmy przy stole. Przez chwilę milczałyśmy.

– Wiesz, Agata – zaczęłam ostrożnie – ja też przez lata czułam się odpowiedzialna za wszystkich wokół. Ale teraz… chciałabym mieć trochę czasu dla siebie i taty.

Agata spojrzała na mnie ze łzami w oczach.

– Ja to rozumiem… Ale czasem tak bardzo się boję tej dorosłości. Boję się o dzieci, o przyszłość… I wtedy wydaje mi się, że wy jesteście jedynym bezpiecznym miejscem.

Objęłam ją mocno.

– Zawsze będziemy twoim domem. Ale musisz nauczyć się prosić o pomoc wtedy, kiedy naprawdę jej potrzebujesz. Nie mogę już być zawsze na każde zawołanie.

Wróciłam do domu lżejsza o ten ciężar winy. Andrzej uśmiechnął się do mnie szeroko:

– I co? Pogodziłyście się?

– Tak… Ale chyba obie musimy nauczyć się nowych ról w tej rodzinie.

Wieczorem długo patrzyłam przez okno na rozświetlone bloki naszego osiedla. Myślałam o tym, jak trudno jest znaleźć równowagę między byciem rodzicem a byciem sobą. Czy naprawdę mamy prawo do własnego szczęścia? Czy to egoizm? A może właśnie tego powinniśmy uczyć nasze dzieci – że każdy zasługuje na chwilę oddechu?

Czasem zastanawiam się: czy można być dobrą matką i jednocześnie nie zapomnieć o sobie? Czy nasze dzieci kiedykolwiek zrozumieją, że rodzice też mają swoje marzenia? Co wy o tym myślicie?