Niechciane spotkanie nad brzegiem: uciekłam z Warszawy na Podlasie, a przeszłość i tak znalazła mnie na plaży

„Mamo, już się nudziiiim!” — głos Zosi przeciął wieczór jak nożem, a ja aż drgnęłam, bo przez chwilę wydawało mi się, że to nie ona, tylko ktoś z dawnego życia woła mnie po imieniu.

Stałam boso na piasku nad naszą rzeczką, z uwiązem w dłoni, a kozy szarpały trawę, jakby od tego zależało ich być albo nie być. Woda była płytka, ciepła, pachniała mułem i miętą rosnącą przy brzegu. Słońce schodziło nisko, rozlewając złoto po trzcinach. To miała być moja terapia. Moje „od nowa”. A jednak serce waliło mi w piersi, jakby ktoś właśnie zapukał do drzwi, których nie chciałam już nigdy otwierać.

„Zosiu, jeszcze pięć minut. Popatrz, jakie niebo” — powiedziałam, próbując brzmieć spokojnie.

„Niebo jak niebo. W Warszawie też było niebo” — burknęła, kopiąc piasek. Miała dziewięć lat i tę samą upartość, którą ja miałam w jej wieku. Tę samą, która kiedyś pchnęła mnie do decyzji, że nie będę żyła jak moja matka — w ciągłym napięciu, z uśmiechem przyklejonym do twarzy, żeby sąsiedzi nie gadali.

Za plecami usłyszałam kroki. Ciężkie, pewne. Nie takie jak Staszek, mój mąż, który chodził zawsze trochę ostrożnie, jakby przepraszał ziemię, że po niej stąpa. Te kroki znałam. Znałam je z korytarzy w biurowcu na Woli, z klatki schodowej w bloku na Mokotowie, z nocy, kiedy nie mogłam zasnąć i liczyłam je w głowie, jakby od tego zależało, czy jutro będzie lepsze.

„Kinga?” — padło za mną.

Nie odwróciłam się od razu. Wbiłam wzrok w wodę, jakbym mogła w niej utopić to jedno słowo. Zosia przestała kopać piasek i spojrzała na mnie podejrzliwie.

„Mamo, kto to?” — szepnęła.

Odwróciłam się powoli. I zobaczyłam go.

Marek stał na skraju plaży, w krótkich spodenkach, z ręcznikiem przewieszonym przez ramię, jakby to było najnormalniejsze na świecie, że spotyka się mnie tutaj, na końcu Polski, w wiosce, gdzie sklep jest jeden, a listonosz zna wszystkich po imieniu. Miał tę samą twarz, tylko bardziej zmęczoną. Te same oczy, które kiedyś potrafiły mnie rozbroić jednym spojrzeniem, a potem zostawić z poczuciem winy, którego nie umiałam nazwać.

„Co ty tu robisz?” — wyrwało mi się ostrzej, niż chciałam.

Uśmiechnął się krzywo. „A ty? Myślałem, że Warszawa cię nie puści. Że jesteś… no wiesz. Z tych, co zawsze muszą być w centrum.”

Zosia stanęła bliżej mnie, jak mały strażnik. „Mamo?”

„To… znajomy z Warszawy” — powiedziałam, a słowo „znajomy” zabrzmiało jak kłamstwo. Bo Marek nie był znajomym. Marek był raną, którą przykryłam bandażem z codzienności.

„Zosia, idź zobacz, czy kozy nie weszły w trzciny” — poprosiłam, choć wiedziałam, że to pretekst.

„Ale ja…”

„Proszę.”

Poszła, mrucząc pod nosem. Marek patrzył za nią z czymś, co mogło być czułością albo ciekawością.

„Masz dziecko” — powiedział cicho.

„Mam rodzinę” — poprawiłam go automatycznie.

„I uciekłaś.”

„Nie uciekłam. Wybrałam.”

Zaśmiał się krótko. „Kinga, ty zawsze wybierałaś wtedy, kiedy już nie było innego wyjścia.”

Poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. Wokół było tak spokojnie, że aż bolało. Tylko świerszcze, plusk wody, daleki warkot traktora. A we mnie nagle znowu Warszawa: klaksony, metro, zapach kawy z automatu i ten jeden dzień, który zmienił wszystko.

„Skąd wiesz, że tu jestem?” — zapytałam.

Marek wzruszył ramionami. „Podlasie nie jest takie anonimowe, jak myślisz. Wystarczy zapytać w sklepie. ‘A, ta Kinga z Warszawy, co kozy ma’. Ludzie tu gadają.”

„Po co pytałeś?”

Zamilkł na chwilę, jakby ważył słowa. „Bo… nie mogłem przestać myśleć. O tobie. O tym, jak to się skończyło.”

„Skończyło się, Marek. Dawno.”

„Dla ciebie może. Dla mnie… nie do końca.”

Wtedy usłyszałam kolejny dźwięk — tym razem znajomy, domowy: głos Staszka, niosący się od ścieżki.

„Kinga! Zosia! Wracacie? Zupa stygnie!”

Zamarłam. Marek też. Przez sekundę patrzyliśmy na siebie jak dwójka dzieci przyłapanych na czymś, czego nie powinno być.

„To twój mąż?” — zapytał Marek.

„Tak.”

„Powiesz mu?”

„Nie ma czego mówić.”

Marek zrobił krok bliżej. „Nie kłam. Wiesz, że jest.”

W mojej głowie rozległ się głos matki: „Nie rób wstydu. Nie wyciągaj brudów. Ludzie patrzą.” A potem głos Staszka sprzed roku, kiedy pakowaliśmy kartony: „Kinga, ja nie chcę już tak żyć. Ciągle w biegu. Ciągle w stresie. Chcę, żeby Zosia miała dzieciństwo, a nie korki i galerie.”

Chciałam mu wtedy powiedzieć prawdę. Że ja nie uciekam tylko od miasta. Że uciekam od siebie.

Staszek pojawił się na plaży, z rękami w kieszeniach, w gumowcach, bo zawsze był przygotowany na błoto. Zobaczył Marka i zatrzymał się.

„Dzień dobry” — powiedział grzecznie, ale w jego głosie była ostrożność.

„Dzień dobry” — odpowiedział Marek, jakby był tu u siebie.

„Kto to?” — Staszek spojrzał na mnie.

Poczułam, jak pot spływa mi po plecach, choć wieczór był chłodny. Zosia wróciła z trzcin, ciągnąc za sobą jedną kozę, i od razu wyczuła napięcie.

„To Marek. Z Warszawy” — powiedziałam.

Staszek skinął głową. „Aha. Znajomy?”

„Tak” — skłamałam, bo nie umiałam inaczej.

Marek patrzył na mnie uważnie, jakby sprawdzał, czy jeszcze potrafię.

„Przejeżdżałem. Zatrzymałem się nad rzeką. Przypadek” — powiedział, ale w jego oczach nie było przypadku.

Staszek uśmiechnął się uprzejmie. „No to miło. My tu mieszkamy od niedawna. Kinga, chodźcie, bo naprawdę zupa.”

„Już idziemy” — odpowiedziałam szybko.

Marek nie ruszył się. „Kinga, możemy porozmawiać? Na osobności.”

Staszek spojrzał na mnie zaskoczony. „O czym?”

„O starych sprawach” — Marek powiedział to tak, jakby to było coś niewinnego, jak zaległa książka.

Zosia ścisnęła moją dłoń. „Mamo, ja chcę do domu.”

Wtedy poczułam, że nie dam rady dłużej udawać. Że ta wieś, ta cisza, te kozy i warzywnik nie są magiczną gumką do mazania. Przeszłość nie znika, tylko czeka, aż przestaniesz patrzeć.

„Staszek…” — zaczęłam, ale głos mi się załamał.

Mąż zmrużył oczy. „Kinga, co jest?”

Marek westchnął. „Nie chciałem robić scen. Ale… nie mogę już milczeć.”

„To milcz” — syknęłam.

„Nie.”

Staszek zrobił krok do przodu. „Słucham.”

W mojej głowie przewinęły się obrazy: biuro, w którym Marek był moim przełożonym; te wszystkie wieczory, kiedy zostawaliśmy „po godzinach”; moje tłumaczenia, że to dla projektu, że to dla awansu, że to nic. A potem tamten dzień, kiedy Staszek znalazł w moim telefonie wiadomość: „Tęsknię. Nie udawaj, że nie.”

Nie krzyczał wtedy. To było najgorsze. Usiadł na kanapie i powiedział tylko: „Powiedz mi prawdę, Kinga. Proszę.” A ja… ja powiedziałam półprawdę. Że to był błąd. Że się skończyło. Że chcę ratować rodzinę. I on mi uwierzył, bo chciał wierzyć.

A teraz Marek stał na naszej plaży, jakby przyszedł po resztę.

„Staszek” — powiedziałam w końcu, czując, jak łzy napływają mi do oczu. „To nie jest tylko znajomy.”

Zosia spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami. „Mamo?”

Staszek pobladł. „Kinga…”

Marek odezwał się pierwszy, jakby to on miał prawo mówić. „Byliśmy razem. W Warszawie. Dłużej, niż myślisz.”

„Marek, zamknij się” — wyszeptałam.

Staszek patrzył na mnie, jakby nagle nie poznawał mojej twarzy. „To prawda?”

Chciałam powiedzieć „nie”. Tak łatwo byłoby powiedzieć „nie”. Ale w tej ciszy, nad tą wodą, w miejscu, które miało być uczciwe, nie umiałam.

„Tak” — powiedziałam. „To prawda. Ale to się skończyło. Przysięgam.”

Staszek zacisnął szczękę. „Kiedy?”

„Rok temu. Zanim wyjechaliśmy.”

„A dlaczego wyjechaliśmy, Kinga?” — zapytał cicho, a w tym pytaniu było wszystko: jego zmęczenie, jego nadzieja, jego wiara, że można zacząć od nowa.

Odpowiedź była jak kamień. „Bo nie umiałam oddychać w Warszawie. Bo bałam się, że zniszczę nas do końca. Bo chciałam uciec od tego, co zrobiłam.”

Marek prychnął. „Uciekłaś ode mnie.”

„Uciekłam od siebie” — poprawiłam go, a łzy spłynęły mi po policzkach.

Zosia zaczęła płakać cicho, jakby nie rozumiała słów, ale rozumiała ton. „Mamo, ja nie chcę, żebyście się kłócili.”

Staszek spojrzał na nią i coś w nim pękło. Uklęknął przy niej, otarł jej policzek kciukiem.

„Zosiu, kochanie, to nie twoja wina” — powiedział, ale jego głos drżał.

Marek stał jak słup, jakby nagle dotarło do niego, że to nie jest film, tylko czyjeś życie. „Ja… ja nie wiedziałem, że macie tu… że to tak…”

„A czego się spodziewałeś?” — zapytałam ostro. „Że rzucę wszystko i pójdę z tobą? Że będę ci wdzięczna, że przyjechałeś mi to rozwalić?”

„Chciałem tylko… odpowiedzi” — powiedział ciszej.

Staszek wstał powoli. „Odpowiedzi? To ja chcę odpowiedzi.” Spojrzał na mnie. „Czy ty mnie jeszcze kochasz?”

To pytanie było gorsze niż oskarżenie. Bo oskarżenie można odeprzeć, można się bronić. A na to trzeba było odpowiedzieć prawdą.

„Kocham” — powiedziałam, ale zabrzmiało to jak prośba, nie jak pewność. „Tylko… ja się pogubiłam. Ja… ja chciałam być kimś innym. W pracy, w mieście, w tym całym wyścigu. Marek dawał mi poczucie, że jestem ważna. A potem wracałam do domu i czułam się jak oszustka.”

Staszek zamknął oczy na chwilę. „I myślałaś, że Podlasie to zmyje?”

„Myślałam, że cisza mnie naprawi.”

Marek odchrząknął. „Staszek, ja nie chcę…”

„Nie mów do mnie po imieniu” — przerwał mu Staszek, pierwszy raz w życiu tak twardo. „Nie jesteś moim kolegą. Nie jesteś nikim dla mojej córki. I jeśli masz w sobie choć odrobinę przyzwoitości, to teraz odejdziesz.”

Marek spojrzał na mnie, jakby szukał ratunku. Ale ja już nie mogłam go ratować. Nie po tym, ile kosztowało mnie ratowanie siebie.

„Idź, Marek” — powiedziałam cicho.

Stał jeszcze chwilę, jakby chciał coś dodać, jakby w jego gardle utknęły słowa. W końcu odwrócił się i poszedł wzdłuż brzegu, a jego kroki oddalały się, aż zniknęły w szumie traw.

Zostałam z mężem i córką, z kozami, z zachodem słońca, który nagle przestał być piękny, a stał się tylko czerwony, jakby niebo też krwawiło.

„Wracamy” — powiedział Staszek krótko.

Szliśmy w milczeniu. Zosia trzymała mnie za rękę, ale jej dłoń była zimna. W domu pachniało zupą, koperkiem i drewnem. Nasza chata, nasz azyl. A jednak czułam się w niej jak intruz.

Przy stole Staszek nie jadł. Patrzył w miskę, jakby tam miała się pojawić odpowiedź.

„Co teraz?” — zapytał w końcu.

„Nie wiem” — przyznałam. „Chcę spróbować. Chcę terapii. Chcę… przestać kłamać.”

„A ja chcę wiedzieć, czy to miejsce było dla nas, czy tylko dla twojego sumienia” — powiedział, a w jego głosie nie było złości, tylko zmęczenie.

Zosia siedziała cicho, bawiąc się łyżką. „Mamo, czy my się wyprowadzimy znowu?”

Serce mi pękło. „Nie wiem, kochanie. Ale obiecuję, że będę mówić prawdę.”

W nocy nie mogłam zasnąć. Słyszałam, jak Staszek przewraca się na łóżku, jakby szukał miejsca, w którym nie będzie bolało. Wstałam, podeszłam do okna. Na podwórku stały nasze grządki, równo jak w zeszycie, a jednak ziemia była żywa, nieprzewidywalna. Pomyślałam, że może tak samo jest z ludźmi. Możesz zasadzić nowe życie, ale stare korzenie i tak czasem wychodzą na wierzch.

Czy ucieczka na wieś naprawdę może naprawić rodzinę, jeśli w środku wciąż nosi się miasto pełne kłamstw? A wy — gdybyście byli na miejscu Staszka — dalibyście mi jeszcze jedną szansę, czy powiedzielibyście: dość?