„Nie przyjadę? Przecież to mój dom!” — a w kuchni stał obcy mężczyzna z moimi ogórkami
„Mamo, nie jedź już na tę działkę, po co ci to?” — powiedziała Kasia przez telefon, a ja w tym samym momencie poczułam, jak mi coś zaciska gardło.
Bo ja właśnie wtedy stałam za drzwiami własnej kuchni i patrzyłam przez szparę, jak OBCEGO faceta oparło o mój stół.
Miał czystą koszulę. Krótką bródkę. I pod pachą… moją słoikową ćwiartkę ogórków.
Serce mi waliło. Ręce mi drżały. Nie krzyczałam. Nie umiałam.
Kilka dni wcześniej wróciłam z miasta i zobaczyłam, że prawie wszystkie przetwory z piwniczki są naruszone. A grządki? Wypielone jak spod linijki. Pomyślałam: albo złodziej z wyrzutami sumienia, albo… no nie wiem.
Postanowiłam go złapać.
Rano wyszłam jak zwykle na autobus. Sąsiedzi widzieli. Pomachałam Halinie, tej od wiecznych komentarzy.
— O, jedzie pani do miasta! — zawołała.
— No jadę — skłamałam i uśmiechnęłam się tak, jak się uśmiecha człowiek, który już ma dość.
Zeszłam przystanek dalej i wróciłam polami. Ogródkami. Przez pokrzywy. Weszłam tylną furtką. Zasunęłam się do pokoju i siedziałam cicho.
Wieczorem usłyszałam, jak w sieniach coś zagrzmiało. Ktoś wszedł pewnie, jak do siebie.
Facet postawił słoik na stole. Wyjął ściereczkę. Starannie wytarł blat. Potem odkręcił butelkę. Nalał sobie. Ugryzł ogórka.
I powiedział na głos, do pustej kuchni:
— Dziękuję, gospodyni, za dobre ogórki.
Wtedy poczułam, jak mi łzy napływają do oczu. Ze złości? Ze strachu? Z upokorzenia? Wszystko naraz.
On wypił, zamknął po sobie, zebrał okruszki, nawet szklankę opłukał. A potem wyszedł na ogród.
Usłyszałam kosę. Potem sznurek. Podwiązywał pomidory.
Nie wytrzymałam. Wyszłam za nim.
— To u mnie się pan urządził? — powiedziałam twardo, choć głos mi zadrżał.
Odwrócił się tak gwałtownie, że aż cofnął krok. Zbladł.
— Jezu… pani… Ja… — jąkał się. — Nie chciałem… Ja tylko…
— Tylko co? — podeszłam bliżej. — Tylko pan je moje i robi porządki?
Stał z kosą w ręce jak chłopiec złapany na kradzieży. W końcu opuścił wzrok.
— Jestem Michał — powiedział cicho. — Mieszkam na końcu wsi. Na uboczu. W domu prawie mnie nie ma. Piece stawiam, jeżdżę po robotach. A jak wracam… to tu mi się… lżej oddycha.
— Lżej? U mnie? — prychnęłam.
— Bo pani tu jest… taka… — szukał słów i nagle wypalił: — Ja panią obserwuję od dawna.
Zamarłam.
— Słucham?
— Nie tak, żeby… — podniósł ręce. — Ja tylko… jak pani przyjeżdża z miasta, to zawsze pani sama. Z siatami. Zmęczona. A potem pani siedzi wieczorem w oknie. Światło się pali.
Poczułam, jak mi serce mięknie wbrew rozsądkowi. Wbrew wszystkiemu, co mnie w życiu nauczyli.
— I dlatego pan mi wchodzi do domu?
Michał sięgnął do kieszeni. Wyciągnął zmiętą kartkę. Taką, jaką nosi się długo, jak talizman.
— Napisałem… — powiedział i podał mi. — Głupie, ja wiem.
Na kartce było koślawe pismo:
„Ty jesteś światłem w moim oknie,
które nie gaśnie, choć noc długa…”
Zrobiło mi się wstyd, że płaczę przy obcym facecie na własnym podwórku. Ale łzy poleciały same.
— Nikt mi czegoś takiego nie napisał — wyszeptałam.
— To niech pani mnie nie wyrzuca — powiedział, już spokojniej. — Ja mogę pilnować domu. Ogrodu. Mogę… po prostu być.
Wtedy powinien wejść rozsądek. Ten sam, który przez lata kazał mi „nie robić wstydu”, „nie gadać ludziom”, „nie pakować się w kłopoty”.
Tylko że następnego dnia wieś już wiedziała.
Halinę spotkałam przy sklepie.
— A to prawda, że pani ma chłopa na działce? — zapytała głośno, żeby wszyscy słyszeli.
Zza mnie odezwał się mój brat, Janek, który akurat przyjechał „zobaczyć, czy wszystko w porządku”.
— Ty zwariowałaś? — syknął. — Sama baba, a tu obcy facet? Jeszcze cię okradnie! A dzieci? Co Kasia powie?
Kasia zadzwoniła wieczorem.
— Mamo, proszę cię… ludzie gadają — powiedziała. — Ty masz swoje lata. Po co ci to? Ty się ośmieszasz.
Siedziałam na łóżku i patrzyłam na okno. Na to światło, o którym Michał napisał. I nagle dotarło do mnie, że całe życie robiłam tak, żeby nikt nie gadał.
A ja? Kiedy ja byłam ważna?
Następnego dnia Michał czekał na mnie na ganku. Nie wchodził już bez pytania. Stał jak ktoś, kto rozumie granice.
— Jak pani powie „nie”, to ja zniknę — powiedział. — Bez awantur. Bez niczego.
Wzięłam głęboki oddech.
— Zostaniesz — odpowiedziałam. — Ale u mnie nie ma „po cichu”. Albo uczciwie, albo wcale.
Kiwnął głową.
— Uczciwie.
I tak został. Pilnował domu, kiedy ja byłam w mieście. Naprawił furtkę. Zrobił porządek w piwnicy. Zostawiał mi na stole herbatę w termosie, kiedy wracałam późno.
A ja pierwszy raz od lat nie czułam się jak problem do rozwiązania.
Rodzina dalej kręci nosem. Wieś dalej gada. Czasem słyszę: „na starość jej odbiło”.
Może odbiło. Może w końcu.
Bo powiedzcie mi: czy ja naprawdę muszę do końca życia wybierać między spokojem innych a własnym sercem?
Czy ktoś z was też kiedyś usłyszał, że „nie wypada”, i jednak zrobił po swojemu?