Zemsta Babci Laury na Kasjerce – Czy Warto Było?

— Proszę pani, tu jest kolejka! — głos kasjerki przeszył powietrze niczym ostrze. Stałam przy ladzie, ściskając w dłoni siatkę z jabłkami i chlebem. Ludzie za mną zaczęli szeptać, a ja poczułam, jak policzki płoną mi ze wstydu. — Przepraszam, nie zauważyłam… — bąknęłam, cofając się o krok. Kasjerka, młoda dziewczyna o imieniu Marta (miała plakietkę), spojrzała na mnie z wyższością, jakby chciała powiedzieć: „Stara, nie ogarniasz świata”.

Wyszłam ze sklepu z głową spuszczoną. Przez całą drogę do domu czułam, jak narasta we mnie gniew. „Jak ona mogła? Przecież mogła powiedzieć to ciszej, po ludzku!” — myślałam. W domu czekała na mnie cisza i zapach starego mieszkania. Mój syn, Tomek, od lat mieszkał w Warszawie, wnuczka Zosia wpadała tylko od święta. Zostałam sama z własnymi myślami i upokorzeniem.

Wieczorem nie mogłam zasnąć. W głowie układałam plan zemsty. „Pokażę tej dziewczynie, że starsza pani też potrafi być nieprzyjemna!” — powtarzałam sobie. Następnego dnia ubrałam się starannie: najlepszy płaszcz, apaszka w kwiaty, perły po mamie. Wzięłam torbę na kółkach i ruszyłam do sklepu.

Przy kasie była ta sama Marta. Uśmiechnęła się sztucznie do klientki przede mną. Gdy przyszła moja kolej, spojrzała na mnie z lekkim rozdrażnieniem.

— Dzień dobry — powiedziałam przesadnie głośno. — Mam nadzieję, że dziś nie będzie pani musiała mnie upominać przy wszystkich.

Marta zmieszała się lekko. — Przepraszam, jeśli poczuła się pani urażona wczoraj… — zaczęła.

— Nie szkodzi — przerwałam jej lodowatym tonem. — Ale dziś poproszę o bardzo dokładne sprawdzenie paragonu. Ostatnio miałam wrażenie, że policzyła mi pani za dużo.

Za mną zaczęła narastać irytacja w kolejce. Słyszałam westchnienia i ciche komentarze. Marta z trudem zachowywała spokój, a ja czułam satysfakcję. „Niech wie, jak to jest być upokorzonym” — myślałam.

Przez kolejne dni wracałam do sklepu codziennie. Raz poprosiłam o wymianę wszystkich jajek, bo jedno było pęknięte. Innym razem domagałam się rozmowy z kierownikiem, bo bułki były czerstwe. Marta coraz częściej patrzyła na mnie z niechęcią, a ja czułam się coraz bardziej… pusta.

Pewnego dnia zobaczyłam ją na zapleczu sklepu. Siedziała na skrzynkach i płakała. Usłyszałam rozmowę dwóch innych pracownic:

— Znowu ta babcia ją dopadła? Marta już nie daje rady…

— Podobno przez nią chce rzucić pracę.

Coś we mnie pękło. Przypomniałam sobie własne początki w pracy w latach 70., kiedy kierowniczka traktowała mnie jak powietrze. Jak wracałam do domu z płaczem i obiecywałam sobie, że nigdy nikogo tak nie potraktuję.

Wieczorem zadzwonił Tomek.

— Mamo, wszystko w porządku? Zosia mówiła, że byłaś ostatnio jakaś przygnębiona.

— Tak, wszystko dobrze — skłamałam. — Po prostu… czasem czuję się niewidzialna.

Po tej rozmowie długo siedziałam przy oknie, patrząc na światła miasta. Czy naprawdę chciałam być widzialna przez to, że komuś uprzykrzam życie?

Następnego dnia poszłam do sklepu z ciastkami własnej roboty.

— Dzień dobry, Marto — powiedziałam cicho. — Chciałabym przeprosić za swoje zachowanie. To nie było fair wobec pani.

Marta spojrzała na mnie zaskoczona i… uśmiechnęła się smutno.

— Ja też przepraszam za tamto upomnienie przy wszystkich. Czasem mam ciężki dzień i wyładowuję się na klientach…

Usiadłyśmy na ławce przed sklepem i rozmawiałyśmy długo o życiu, rodzinie, samotności i pracy za kasą za najniższą krajową. Okazało się, że Marta opiekuje się chorą mamą i ledwo wiąże koniec z końcem.

Od tamtej pory nasze relacje się zmieniły. Czasem przynoszę jej domowe pierogi albo kawałek sernika. Ona zawsze znajduje dla mnie uśmiech i dobre słowo.

Często myślę o tym wszystkim wieczorami: czy warto było szukać zemsty? Czy nie lepiej po prostu spróbować zrozumieć drugiego człowieka?

Może czasem lepiej zapytać: „Co cię boli?” zamiast szukać odwetu? Co wy o tym sądzicie?