Kiedy mama wybiera siebie: Moja walka o własne życie w cieniu rodziny

– Mamo, gdzie są moje skarpetki?! – krzyknął Bartek z przedpokoju, a ja, z mokrymi rękami po zmywaniu naczyń, rzuciłam się do szuflady. – W drugiej szufladzie, po lewej! – odpowiedziałam, choć wiedziałam, że i tak zaraz przyjdzie i powie, że nie może ich znaleźć.

W tym samym czasie Ola trzaskała drzwiami łazienki, bo znów nie zdążyła na autobus do szkoły. Mąż, Paweł, siedział przy stole z gazetą i kawą, jakby cały ten poranny chaos go nie dotyczył. – Kochanie, masz chwilę? – zapytał spokojnie. – Musisz mi przypomnieć, gdzie schowałem te dokumenty do samochodu.

Wzięłam głęboki oddech. Przez chwilę miałam ochotę krzyknąć: „A kto mi przypomni, gdzie schowałam siebie?”. Ale tylko westchnęłam i poszłam do szafy. Tak wyglądały moje poranki od lat. Byłam jak cień – obecna wszędzie, ale niewidzialna.

Kiedyś miałam marzenia. Chciałam być nauczycielką polskiego, pisać wiersze, podróżować po Polsce. Ale potem pojawił się Paweł, dzieci, kredyt na mieszkanie w bloku na Pradze. Zamiast podróży były zakupy w Biedronce i wieczne liczenie pieniędzy do pierwszego. Zamiast wierszy – listy zakupów i karteczki z przypomnieniami dla rodziny.

Pamiętam dzień, kiedy wszystko pękło. Był listopad, szaro i zimno. Siedziałam w kuchni z kubkiem herbaty i patrzyłam na swoje odbicie w oknie. Wtedy Ola weszła i rzuciła: – Mamo, czemu zawsze jesteś taka zmęczona? Inne mamy są uśmiechnięte. Ty tylko narzekasz.

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie odpowiedziałam. Ola już wyszła, a ja zostałam sama ze swoim zmęczeniem i poczuciem winy. Czy naprawdę tylko narzekam? Czy jestem złą matką?

Wieczorem próbowałam porozmawiać z Pawłem. – Czuję się… jakby mnie nie było. Jakby wszystko było ważniejsze ode mnie – powiedziałam cicho.

Spojrzał na mnie zdziwiony. – Przesadzasz. Przecież masz wszystko: dom, rodzinę, dzieci zdrowe… Czego ci brakuje?

Nie umiałam odpowiedzieć. Bo jak wytłumaczyć komuś, kto nigdy nie musiał rezygnować z siebie?

Od tamtego dnia zaczęłam się przyglądać swojemu życiu jakby z boku. Zauważyłam, że nikt nie pyta mnie o zdanie – nawet w sprawach obiadu czy wakacji. Każdy oczekuje, że będę dostępna na zawołanie. Gdy raz powiedziałam „nie”, Bartek obraził się na cały dzień, a Paweł stwierdził, że „chyba mam okres”.

Zaczęłam pisać pamiętnik. Wieczorami zamykałam się w łazience pod pretekstem długiej kąpieli i notowałam swoje myśli na starym zeszycie Oli. Pisałam o tym, czego się boję: że kiedy dzieci wyjdą z domu, zostanę sama z obcym człowiekiem i własnym żalem.

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie Magda – dawna koleżanka ze studiów. – Słuchaj, organizujemy warsztaty pisarskie w Domu Kultury na Grochowie. Przyjdź! Potrzebujemy kogoś z pasją do słowa.

Serce mi zabiło mocniej. Chciałam powiedzieć „tak”, ale od razu pojawiły się wymówki: dzieci, dom, obiad… Jednak tej nocy nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok i myślałam: jeśli nie teraz, to kiedy?

Następnego dnia powiedziałam Pawłowi: – Idę na warsztaty pisarskie w sobotę.

Spojrzał na mnie jak na kosmitkę. – A kto zrobi zakupy? Kto odbierze Bartka z treningu?

– Poradzicie sobie beze mnie przez kilka godzin – odpowiedziałam spokojnie.

W sobotę wyszłam z domu z bijącym sercem. Czułam się winna i wolna jednocześnie. Na warsztatach byłam najstarsza, ale nikt mnie nie oceniał. Po raz pierwszy od lat ktoś słuchał moich słów i mówił: „To ważne”.

Po powrocie Paweł był naburmuszony, dzieci obrażone. Przez kilka dni atmosfera była napięta jak struna. Ale ja czułam się silniejsza.

Zaczęłam chodzić na warsztaty regularnie. Pisałam coraz więcej – o sobie, o kobiecości, o samotności matek w Polsce. Z czasem Magda zaproponowała mi prowadzenie własnych zajęć dla kobiet.

Rodzina długo nie rozumiała mojej zmiany. Paweł coraz częściej mówił: – Nie poznaję cię. Kiedyś byłaś inna.

– Może właśnie teraz jestem sobą? – odpowiadałam.

Najtrudniej było z Olą. – Wstydzę się przed koleżankami! Ich mamy są normalne! – krzyczała pewnego wieczoru.

– Normalne to znaczy jakie? Takie, które nie mają własnych marzeń? – zapytałam cicho.

Nie odpowiedziała.

Minęły miesiące. W domu bywało różnie: raz lepiej, raz gorzej. Ale ja już nie chciałam wracać do dawnej siebie. Zaczęłam publikować swoje teksty w internecie pod pseudonimem „Matka z cienia”. Pisały do mnie inne kobiety: „Dziękuję za odwagę”, „Czuję to samo”.

Dziś wiem jedno: wybierając siebie, nie zdradziłam rodziny. Dałam im przykład, że warto walczyć o własne życie.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy mogłam zrobić to wcześniej? Ile kobiet jeszcze czeka na odwagę?