Wyrzucony z autobusu przez zwykłe nieporozumienie: Jeden błąd, który zmienił wszystko
— Proszę pana, natychmiast opuścić autobus! — głos kierowcy przebił się przez szum porannego miasta, a ja poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. Stałem przy drzwiach z moją siedmioletnią córką Zosią, która ściskała moją dłoń tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. Wszyscy pasażerowie patrzyli na nas z ciekawością i nieukrywaną dezaprobatą.
Jeszcze pięć minut temu wszystko wydawało się normalne. Zosia marudziła, że boli ją brzuch i nie chce iść do szkoły. Ja, jak zwykle spóźniony, próbowałem ją uspokoić, jednocześnie szukając w kieszeni karty miejskiej. W końcu znalazłem ją, przyłożyłem do czytnika i usłyszałem charakterystyczny dźwięk. Z rozpędu wyrwałem paragon i pociągnąłem Zosię do wolnego miejsca. Nawet nie spojrzałem na wydruk.
Po kilku przystankach do autobusu wszedł kontroler. Poprosił o bilet. Podałem mu paragon, a on zmarszczył brwi.
— Proszę pana, ten bilet jest nieważny. To jest tylko potwierdzenie doładowania karty, nie bilet.
Zatkało mnie. Spojrzałem na kartę, potem na paragon. Rzeczywiście — zamiast biletu miałem w ręku potwierdzenie doładowania. Musiałem się pomylić przy kasowniku.
— Przepraszam, to pomyłka. Mogę teraz skasować bilet? — zapytałem z nadzieją.
— Niestety, już za późno — odpowiedział kontroler chłodno. — Muszę wezwać kierowcę.
Wtedy zaczęło się piekło. Kierowca zatrzymał autobus na środku ruchliwej ulicy i podszedł do nas z miną kata.
— Nie będę woził gapowiczów! Proszę natychmiast wysiąść!
Zosia zaczęła płakać. Ludzie patrzyli na mnie jak na złodzieja. Czułem się upokorzony i bezradny.
— Proszę pana, to naprawdę była pomyłka! Mam doładowaną kartę, mogę zapłacić jeszcze raz! — próbowałem tłumaczyć.
Kierowca był nieugięty.
— Nie obchodzi mnie to. Przepisy są przepisami.
Wysiedliśmy na przystanku w środku niczego. Padał deszcz, a ja nie miałem parasola. Zosia tuliła się do mnie i szlochała:
— Tato, dlaczego pan był taki zły?
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Przecież nie zrobiłem nic złego…
Do pracy dotarłem spóźniony i przemoczony. Szefowa spojrzała na mnie z dezaprobatą:
— Panie Pawle, to już trzeci raz w tym miesiącu…
Nie miałem siły tłumaczyć jej całej historii. W głowie wciąż miałem obraz płaczącej Zosi i oskarżycielskie spojrzenia pasażerów.
Po południu zadzwoniła moja żona, Marta.
— Co się stało? Zosia była dziś cała roztrzęsiona w szkole.
Opowiedziałem jej wszystko, a ona tylko westchnęła:
— Zawsze musisz się spieszyć… Może gdybyś był bardziej uważny…
Poczułem się jeszcze gorzej. Czy naprawdę to wszystko moja wina?
Wieczorem długo nie mogłem zasnąć. W głowie przewijały mi się sceny z autobusu: twarz kierowcy, łzy Zosi, szepty ludzi wokół nas. Próbowałem sobie wmówić, że to tylko drobne nieporozumienie, ale czułem się jak przestępca.
Następnego dnia bałem się wejść do autobusu. Miałem wrażenie, że wszyscy mnie rozpoznają i będą pokazywać palcami. Zosia trzymała mnie za rękę mocniej niż zwykle.
— Tato, dziś wszystko będzie dobrze? — zapytała cicho.
Uśmiechnąłem się blado:
— Tak, kochanie… dziś wszystko będzie dobrze.
Ale czy naprawdę? Czy jeden błąd może przekreślić człowieka w oczach innych? Dlaczego tak łatwo oceniamy innych po pozorach? Może każdy z nas był kiedyś na moim miejscu…