Zagubiony Przyjaciel
„Nie wchodź tam” — powiedziała rano mama, zatrzymując mnie w przedpokoju tak mocno, że aż zbielały jej palce. „To nie są twoje sprawy, Ola. Masz pracę. Masz życie. Nie pchaj się w cudze tragedie”.
„To nie jest cudza tragedia. To jest Kamil” — wyrwało mi się i natychmiast poczułam, jakbym zdradziła coś, czego nie wolno było wypowiedzieć na głos.
Weszłam do tej mieszkaliny i od razu przypadła mi do gustu, co było wręcz okrutne. Mała, schludna. Meble z PRL-u, ścianka z kryształami, jugosłowiańska. Dywan na ścianie. Zakopcony czajnik na kuchence i stara lodówka „Polar”. A w salonie wisiało radio. Stare radio, z którego leciał „Program III”. Ciepło tak grało. Z trzaskami, lekkim szumem, starymi piosenkami. Telewizora nie było.
Tylko że to ciepło było jak obcy koc narzucony na coś brudnego.
„Pani Halino?” — zawołałam, choć znałam odpowiedź. Cisza.
Na stole stał wazon po dżemie, a w nim jeden, zaschnięty kwiat. Chyba goździk. Tak smutny, jakby nikt nie umiał go wyrzucić.
Kamil miał tu być. Miał przyjść wczoraj „na chwilę”. Tak powiedział Ewa na klatce, szeptem, jakby ściany miały uszy.
„On ma długi?” — spytałam ją wtedy.
Ewa wzruszyła ramionami. „Ola, nie wiem. Ale Krzysiek mówił, że Kamil się z kimś zadał. I że lepiej nie pytać. Lepiej nie wiedzieć”.
W moim bloku „lepiej nie wiedzieć” było jak modlitwa.
W tej mieszkalinie pachniało herbatą i starą tapetą. Usłyszałam trzask na klatce. Ktoś się zatrzymał pod drzwiami.
Zamki zazgrzytały.
Weszła Halina. Niska, w szarym płaszczu, z reklamówką. Spojrzała na mnie, jakby mnie już widziała w jakimś złym śnie.
„Czego?” — rzuciła krótko.
„Szukam Kamila” — powiedziałam. „Zaginął. Nikt nie wie, gdzie jest. Pani… pani go widziała”.
Halina zacisnęła usta. Oparła reklamówkę o krzesło. W radiu leciała piosenka, w której ktoś śpiewał o powrotach.
„Nie mieszaj się, dziewczyno” — syknęła. „Ja go nie znam”.
„Kłamie pani” — odpowiedziałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.
Wtedy poczułam, że robi się niebezpiecznie. Nie jak w filmie. Jak w prawdziwym życiu: bez muzyki grozy, za to z tym radiem, co grało dalej, jakby nic się nie działo.
Halina podeszła do okna i odsunęła firankę. Sprawdziła klatkę. Potem spojrzała na mnie.
„Kamil przyszedł tu trzy dni temu. Z kimś” — powiedziała w końcu. „Z Pawłem. A Paweł… Paweł ma znajomych, co się nie bawią w rozmowy”.
„Gdzie oni są?” — mój głos był cichy, ale ostry.
„Nie wiem” — odburknęła. „Powiedział, że musi ‘oddać sprawę’. I że wróci. Nie wrócił”.
Serce zaczęło mi bić tak, jakby chciało wyskoczyć na podłogę.
„A pani nic nie zrobiła?”
Halina spojrzała na mnie z wściekłością, która miała w sobie coś z rozpaczy.
„A co miałam zrobić? Zadzwonić na policję? Ja tu mieszkam. Ja tu żyję. Ja mam swoje rachunki i swój strach” — powiedziała. „Ty masz jeszcze wybór. Nie psuj go sobie”.
Wtedy usłyszałam w głowie mamę: „Nie wciągaj nas w kłopoty”.
I głos taty, wieczny i lodowaty: „Ludzie patrzą”.
A jednak powiedziałam: „On jest moim przyjacielem”.
Halina roześmiała się krótko, bez humoru. „Przyjaciel? Wiesz, co ci powiem? Przyjaciel nie znika tak, żeby inni sprzątali po nim bałagan”.
„On nie chciał zniknąć” — odpowiedziałam. I nagle zrozumiałam, że ja też nie chcę już znikać w cudzym strachu.
W radiu ktoś powiedział pogodę. Normalnym głosem. Jakby świat był prosty.
„Pani ma numer do Pawła” — nacisnęłam.
Halina milczała długo. Potem wyjęła z kieszeni kartkę. Podarta, zmięta.
„Masz. I teraz wyjdź. Jak cię ktoś zobaczy, będę miała problemy. Rozumiesz?”
„A ja?” — spytałam.
„Ty jesteś młoda” — powiedziała, jakby to miało cokolwiek ułatwiać.
Wyszłam na klatkę, a powietrze było zimne, choć to był maj. Telefon trząsł mi się w dłoni. Zanim zadzwoniłam, usłyszałam czyjeś kroki z góry. Ktoś schodził wolno, ciężko.
„Ola?” — odezwał się męski głos.
Paweł stał dwa piętra wyżej, w kapturze. Twarzy nie widziałam dobrze, ale poczułam, jak wszystko we mnie się kurczy.
„Gdzie jest Kamil?” — zapytałam wprost.
Paweł zszedł o jeden stopień. „Po co ci to?”
„Bo jest moim przyjacielem. Bo jego mama płacze. Bo ludzie plotkują, a ja nie chcę słuchać, że ‘pewnie sam sobie winny’” — wyrzuciłam z siebie.
Paweł prychnął. „Nie mieszaj w to rodziny. Takie rzeczy się kończą źle”.
„To przestań je robić” — odpowiedziałam, choć nogi miałam jak z waty.
Przez sekundę patrzył na mnie, jakby ważył, czy jestem tylko głupia, czy naprawdę zdesperowana.
„On żyje” — powiedział cicho. „Ale nie wróci, jeśli będzie szum”.
„Jaki szum?”
„Policja. Pytania. Bohaterstwo” — syknął. „Masz rodzinę, Ola. Nie udawaj, że nie masz”.
To zabolało najbardziej, bo miał rację. Ja miałam rodzinę. I to ona była moim łańcuchem.
„Powiedz mu, że czekam. Że nie odpuszczę” — powiedziałam.
Paweł uśmiechnął się krzywo. „Nie odpuszczę… Wiesz, ile osób tak mówiło?”
„Jedna wystarczy” — odpowiedziałam.
Zszedł obok mnie i pachniał dymem i zimnem. Minął mnie, jakbym była ścianą.
Wróciłam do domu późno. Mama stała w kuchni i udawała, że miesza zupę, choć już dawno była gotowa.
„Byłaś tam” — powiedziała.
„Byłam”.
„Ola…” — jej głos zadrżał. „Nie chcesz, żeby nam się coś stało”.
„A ja nie chcę, żebyśmy żyli tylko po to, żeby nic nam się nie stało” — odpowiedziałam.
Wieczorem zadzwonił nieznany numer.
„Ola?” — usłyszałam szept Kamila. Tak słaby, że aż mnie ścisnęło w piersiach.
„Gdzie jesteś?”
„Nie mogę powiedzieć. Przepraszam. Wpakowałem się. Myślałem, że ogarnę” — wyszeptał. „Powiedz mamie… powiedz mojej mamie, że żyję”.
„Powiem” — głos mi pękł. „Ale wróć”.
„Nie teraz” — powiedział. „I… uważaj na siebie”.
Rozłączył się.
Patrzyłam potem długo na ciemne okno. W bloku było cicho, tylko gdzieś daleko grało czyjeś radio. Pomyślałam o Halinie i jej strachu. O mamie i jej prośbach. O Kamilu, który oddychał gdzieś w ukryciu.
I o tym jednym, zaschniętym kwiecie w wazonie po dżemie, którego nikt nie miał odwagi wyrzucić.
Czasem zastanawiam się, czy lojalność to odwaga, czy upór, który niszczy wszystko dookoła. A wy — kiedy ostatnio wybraliście człowieka zamiast spokoju?