„Usłyszałam, że beze mnie też by sobie poradzili”. Wróciłam od mamy i pierwszy raz naprawdę zobaczyłam, co zgubiłam po drodze
„Przecież nikt cię nie prosił, żebyś tyle robiła” – usłyszałam od rodzeństwa w kuchni u mamy i normalnie mi ręce opadły. Bo powiedzieć to po trzech latach wożenia mamy do przychodni, stania z nią w kolejkach do specjalistów na NFZ, pilnowania recept, wykupywania leków, ogarniania opłat i latania po urzędach, to jednak trzeba umieć.
Powiedziałam tylko: „Serio? To kto był z mamą na SOR-ze w listopadzie? Kto brał wolne, jak znowu jej skakało ciśnienie?”.
Rodzeństwo od razu: „Nie wypominaj. My też mamy swoje życie”.
I to jest właśnie najgorsze, bo ja wiem, że mają. Mają dzieci, kredyty, robotę, swoje problemy. Tylko że ja też mam. Tyle że przez ostatnie lata wszyscy jakoś przyzwyczaili się, że ja „ogarnę”, bo mieszkam najbliżej mamy. Piętnaście minut autem, jak nie ma korków. Na początku sama tak mówiłam. „Dobra, podjadę”, „spokojnie, załatwię”, „nie ma co robić afery”. Tylko z czasem z tych pojedynczych rzeczy zrobiło się całe moje drugie życie.
Mama po śmierci taty bardzo siadła. Niby była samodzielna, ale coraz bardziej lękowa, wszystko ją przerastało. List z banku – panika. Podwyżka czynszu ze spółdzielni – telefon do mnie. Skierowanie na badania – oczywiście ja. Jak miała iść sama do ZUS-u, to od dwóch dni nie spała. A ja nie umiałam powiedzieć „nie”, bo miałam poczucie, że jak nie ja, to kto.
Tylko że prawda jest też taka, że sama sobie to urządziłam. Nie stawiałam granic, nie mówiłam wprost, że potrzebuję pomocy, tylko chodziłam obrażona, że nikt się nie domyśla. Czasem specjalnie nic nie mówiłam, a potem w środku mnie skręcało, że znowu jestem sama z tematem. Jak rodzeństwo pytało: „Dasz radę?”, to zamiast powiedzieć „nie”, mówiłam: „tak, już nieważne”. No to uznawali, że temat zamknięty.
Najbardziej zabolało mnie jednak coś innego. Mama przy tym wszystkim powiedziała: „Nie kłóćcie się przeze mnie, ja nikogo nie chciałam obciążać”. I jeszcze dodała do mnie: „Ty zawsze byłaś taka zaradna”. Niby komplement, a mnie to rozwaliło. Bo nagle poczułam, że cała moja pomoc została sprowadzona do tego, że „ja sobie poradzę”. Czyli znowu mam brać więcej, bo umiem unieść.
To nie był pierwszy zgrzyt. Miesiąc wcześniej odwołałam z partnerem weekend w górach, bo mama zadzwoniła, że lodówka jej „dziwnie chodzi” i boi się, że się zepsuje. Pojechałam. Okazało się, że chodzi normalnie, tylko coś jej tam brzęczało. Partner wtedy powiedział: „Ty już nie żyjesz swoim życiem, tylko dyżurujesz”. Obraziłam się na niego, bo uznałam, że nie rozumie. Ale chyba trochę miał rację.
Do tej kłótni doszło przy obiedzie. Mama wcześniej wspomniała, że trzeba będzie pomyśleć o remoncie łazienki, bo wanna jest za wysoka i może być problem. Ja odruchowo zaczęłam mówić, że można złożyć wniosek do PCPR-u o jakieś dofinansowanie, poszukać ekipy, może wanna out, prysznic in. I wtedy rodzeństwo rzuciło: „No tak, ty już wszystko wiesz najlepiej”.
Ja na to: „Nie najlepiej, tylko ktoś to musi zacząć załatwiać”.
„Ale ty się zachowujesz, jakbyś była jedyną córką w tej rodzinie”.
I tu mnie poniosło. Powiedziałam, że jak przez pół roku nikt nie był z mamą u kardiologa, bo zawsze „coś wypadło”, to trudno, żebym udawała, że wszyscy jesteśmy tak samo zaangażowani. No i się zaczęło. Że jestem roszczeniowa, że wszystko przeliczam na zasługi, że nikt mnie nie koronował na opiekunkę roku.
Wróciłam do domu i pierwszy raz od dawna się po prostu popłakałam ze złości. Nie dlatego, że oni są potworami. Nie są. Czasem robią zakupy, czasem zawiozą mamę, czasem przyjadą. Tylko to są „akcje”, a u mnie to się zrobiła codzienność, której nikt już nawet nie widzi.
Następnego dnia zadzwoniłam do mamy i powiedziałam spokojnie: „Musimy coś zmienić, bo ja tak dalej nie dam rady”. Mama od razu, że przesadzam, że ona nie jest obłożnie chora. I to też prawda – nie jest. Tylko właśnie przez to wszystko wygląda niewinnie. Każda pojedyncza sprawa jest mała. Telefon, recepta, przelew, lekarz, hydraulik, wyniki. Ale razem zjadają mi tydzień za tygodniem.
Usiadłam potem i rozpisałam na kartce, co realnie robię. Wyszły rzeczy, których sama nie zauważałam. Nawet to, że od roku nie poszłam prywatnie do ginekologa, chociaż odkładałam, bo „teraz mama ma ważniejsze sprawy”. Albo że w pracy już drugi raz odmówiłam szkolenia, bo nie chciałam brać dodatkowych obowiązków, skoro i tak ciągle muszę być pod telefonem.
W końcu napisałam na rodzinnej grupie, że od przyszłego miesiąca nie jestem dostępna w każdej chwili. Że wizyty lekarskie dzielimy, sprawy urzędowe też, a jeśli coś nie jest pilne, to nie jadę od razu. Była cisza, potem obrażenie, a potem seria wiadomości, że „stawiam rodzinie warunki”. Może i stawiam. Tylko chyba pierwszy raz jakieś postawiłam.
Najgorsze jest to, że mam wyrzuty sumienia. Bo wiem, że mama naprawdę się boi starości i samotności. A z drugiej strony boję się, że jak dalej będę taka „zaradna”, to za chwilę już nikt nawet nie zauważy, że mnie w tym wszystkim prawie nie ma. I chyba o to mam największy żal – nie tylko do nich, ale też do siebie, że tak długo myliłam bycie potrzebną z byciem widzianą.
Powiedzcie szczerze: w którym momencie pomaganie rodzinie przestaje być wsparciem, a zaczyna być rezygnacją z samej siebie?