Kiedy goście nie chcą wyjechać: Wielkanoc, która zmieniła moje życie

— Alicja, czy mogłabyś podać jeszcze jeden talerz? — głos Tamary Stanisławówny rozbrzmiał w kuchni jak dzwon alarmowy. Stałam przy zlewie, z rękami w pianie, próbując zapanować nad chaosem, który od dwóch tygodni opanował nasz dom. Właśnie wtedy, kiedy myślałam, że gorzej być nie może, do kuchni wszedł Władek, kuzyn teściowej, z szerokim uśmiechem i kolejną prośbą: — A może zrobiłabyś nam jeszcze herbaty? Z cytryną, jak wczoraj!

Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Przez całe życie byłam raczej spokojną osobą, ale teraz czułam, jak we mnie narasta coś, czego nie potrafiłam już dłużej tłumić. Goście Tamary Stanisławówny — jej kuzyn Władek z żoną Haliną i ich dorosłym synem Bartkiem — przyjechali do nas dwa tygodnie przed Wielkanocą. Mieli zostać „na chwilę”, ale z każdym dniem ich rzeczy rozprzestrzeniały się po całym domu jak niechciany chwast.

— Alicja, a gdzie są moje kapcie? — zapytała Halina z salonu. — I czy mogłabyś nastawić pranie? Bartkowi skończyły się czyste koszulki.

Przez chwilę miałam ochotę wykrzyczeć: „To nie jest hotel!” Ale spojrzałam na Tamarę Stanisławównę, która siedziała przy stole z miną niewiniątka. Ona była zachwycona. Wreszcie miała kogoś ze swojej rodziny pod dachem. Mój mąż Piotr udawał, że nie widzi problemu — wychodził do pracy wcześniej niż zwykle i wracał później. Zostawił mnie samą na polu bitwy.

Wieczorami leżałam w łóżku i słyszałam przez cienką ścianę śmiechy i rozmowy gości. Czułam się jak intruz we własnym domu. Nawet nasza córka Zosia zaczęła pytać: — Mamo, kiedy ciocia Halina pojedzie do siebie? Chciałabym znowu spać w swoim pokoju…

Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i poprosiłam Piotra o rozmowę. — Piotrze, tak dłużej być nie może. Ja już nie mam siły. Oni nawet nie pytają, czy mogą zostać dłużej! — powiedziałam drżącym głosem.

Piotr westchnął ciężko. — Wiem, kochanie… Ale mama się cieszy. Po śmierci taty była taka samotna…

— Ale my też tu mieszkamy! — przerwałam mu. — Zosia płacze co noc, bo nie ma swojego łóżka. Ja pracuję zdalnie i nie mam gdzie się schować przed tym hałasem!

Piotr spojrzał na mnie bezradnie. — Może po Wielkanocy sami się zorientują…

Ale Wielkanoc zbliżała się wielkimi krokami, a goście nawet nie wspomnieli o wyjeździe. Wręcz przeciwnie — Halina zaczęła planować świąteczne menu i robić listę zakupów na mojej lodówce.

W Wielki Czwartek wydarzyło się coś, co przelało czarę goryczy. Weszłam do kuchni i zobaczyłam Bartka grzebiącego w moich dokumentach na stole.

— Szukam długopisu — rzucił niedbale.

— To są moje prywatne rzeczy! — wybuchłam.

Wszyscy spojrzeli na mnie jak na wariatkę. Tamara Stanisławówna podniosła brwi: — Alicjo, przecież to rodzina…

— Rodzina nie powinna przekraczać granic! — krzyknęłam i wybiegłam z domu na zimny marcowy wiatr.

Siedziałam na ławce przed blokiem i płakałam jak dziecko. Po raz pierwszy od dawna poczułam się zupełnie sama. Czy naprawdę jestem taka zła? Czy to ja jestem problemem?

Kiedy wróciłam do domu, Piotr czekał na mnie w przedpokoju.

— Musimy coś zrobić — powiedział cicho. — Porozmawiam z mamą i powiem jej, że po świętach goście muszą wyjechać.

Wiedziałam, że to będzie trudna rozmowa. Tamara Stanisławówna była mistrzynią szantażu emocjonalnego. Kiedy Piotr powiedział jej o naszej decyzji, rozpłakała się i oskarżyła mnie o brak serca.

— To przez nią! — krzyczała. — Gdyby nie Alicja, moglibyśmy być razem całą rodziną!

Władek i Halina patrzyli na mnie z wyrzutem. Bartek nawet nie powiedział „dziękuję” za gościnę.

Po świętach dom opustoszał. Przez kilka dni unosiła się w nim atmosfera żalu i niedopowiedzeń. Zosia wróciła do swojego pokoju i po raz pierwszy od dawna zasnęła spokojnie.

Ale ja nie mogłam przestać myśleć o tym wszystkim. Czy naprawdę zrobiłam dobrze? Czy rodzina powinna mieć prawo narzucać się innym bez pytania? Czy bycie dobrą synową oznacza rezygnację z własnych granic?

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy można być szczęśliwym w rodzinie, jeśli trzeba zapomnieć o sobie? A może czasem trzeba postawić granicę — nawet jeśli oznacza to konflikt?

Co Wy byście zrobili na moim miejscu?