Babcia zmusza mnie do dzielenia mieszkania z bratem. Na początku myślałam, że to żart.
– Nie zamierzam z nim mieszkać! – krzyknęłam do słuchawki, czując jak łzy napływają mi do oczu.
Po drugiej stronie babcia westchnęła ciężko. – Marto, ja nie odejdę spokojnie, dopóki nie zobaczę, że wy dwoje znów jesteście rodziną. Twój brat nie ma się gdzie podziać.
Zacisnęłam pięści. Michał. Mój brat. Ten sam, który zniknął z domu pięć lat temu po awanturze z ojcem. Ten sam, który nie odezwał się do mnie ani razu przez cały ten czas. A teraz babcia chce, żebym otworzyła przed nim drzwi mojego mieszkania na Pradze, które z takim trudem kupiłam na kredyt.
– Babciu, on jest dorosły. Niech sobie radzi – próbowałam jeszcze raz.
– Ty też byłaś dorosła, kiedy ci pomogłam – odpowiedziała cicho. – Proszę cię, Marto.
Rozłączyłam się bez słowa. Przez chwilę siedziałam w ciszy, słysząc tylko tykanie zegara i szum ulicy za oknem. W głowie miałam mętlik. Michał…
Wróciły wspomnienia. Nasze dzieciństwo w bloku na Grochowie. Michał zawsze był inny – zamknięty w sobie, wiecznie z nosem w książkach albo słuchawkach na uszach. Ojciec nie mógł tego znieść. „Chłopak powinien być twardy!” – krzyczał, kiedy Michał płakał po kolejnej uwadze w szkole. Ja byłam tą grzeczną, tą od piątek i porządku w pokoju.
Kiedy Michał miał siedemnaście lat, wybuchła ta największa awantura. Ojciec wyrzucił go z domu. Mama płakała, ja stałam w kącie i patrzyłam, jak brat pakuje plecak. Nie powiedziałam ani słowa.
Od tamtej pory widziałam go tylko raz – na pogrzebie mamy. Przyszedł w starym płaszczu, nie ogolony, z podkrążonymi oczami. Usiadł na końcu ławki i wyszedł zaraz po mszy.
Teraz miałam go przyjąć pod swój dach.
Wieczorem zadzwonił domofon. Wiedziałam, że to on – babcia pewnie podała mu adres.
– Cześć – powiedział cicho, stojąc w progu z jedną torbą sportową.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przepuściłam go bez słowa.
Przez pierwsze dni mijaliśmy się jak obcy ludzie. On spał na rozkładanej kanapie w salonie, ja zamykałam się w swojej sypialni. W kuchni zostawiał po sobie bałagan, a ja złościłam się coraz bardziej.
Pewnego wieczoru wróciłam zmęczona po pracy i zobaczyłam go siedzącego przy stole z kubkiem herbaty.
– Marta…
Zignorowałam go i zaczęłam robić sobie kolację.
– Wiem, że mnie nienawidzisz – powiedział nagle.
Zamarłam z nożem w ręku.
– Nie nienawidzę cię – syknęłam przez zęby. – Po prostu… nie rozumiem cię.
– Ja też siebie nie rozumiem – odpowiedział cicho.
Usiadłam naprzeciwko niego. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.
– Dlaczego wtedy odszedłeś? – zapytałam w końcu.
Wzruszył ramionami.
– Ojciec mnie nienawidził. Ty… byłaś zawsze po jego stronie.
Poczułam ukłucie winy.
– Bałam się go – wyszeptałam.
Michał spojrzał na mnie uważnie.
– Ja też się bałem. Ale musiałem odejść.
Przez kolejne tygodnie powoli zaczynaliśmy rozmawiać. O dzieciństwie, o mamie, o tym, co działo się przez te lata. Michał pracował dorywczo jako kurier, czasem znikał na całe dnie. Ja próbowałam przyzwyczaić się do jego obecności.
Pewnego dnia wróciłam do domu wcześniej i zobaczyłam go siedzącego na podłodze w łazience, skulonego i zapłakanego.
– Michał? Co się stało?
Nie odpowiedział od razu. W końcu podniósł głowę.
– Straciłem pracę… Znowu…
Usiadłam obok niego i objęłam go ramieniem. Po raz pierwszy od lat poczułam, że to mój brat.
Wieczorem zadzwoniła babcia.
– I jak tam? – zapytała z nadzieją w głosie.
– Lepiej – odpowiedziałam szczerze. – Ale to nie jest łatwe.
Babcia westchnęła.
– Rodzina nigdy nie jest łatwa, Marto. Ale jest jedyna.
Z czasem zaczęliśmy żyć jak prawdziwe rodzeństwo. Kłóciliśmy się o drobiazgi – kto nie wyrzucił śmieci, kto zostawił brudne naczynia. Ale też śmialiśmy się razem przy śniadaniu i oglądaliśmy stare zdjęcia mamy.
Któregoś dnia Michał przyniósł do domu psa ze schroniska.
– Zobacz, Marta! On też nie ma domu…
Początkowo byłam wściekła – przecież nie mieliśmy nawet pieniędzy na siebie! Ale kiedy zobaczyłam te wielkie smutne oczy kundelka, coś we mnie pękło.
– Zostaje – powiedziałam tylko.
Pies stał się naszym wspólnym projektem. Chodziliśmy razem na spacery po parku Skaryszewskim, rozmawialiśmy coraz więcej o przyszłości.
Ale przeszłość nie dawała o sobie zapomnieć. Pewnego wieczoru zadzwonił ojciec. Odbierałam telefon z wahaniem.
– Marta? Słyszałem, że Michał u ciebie mieszka…
Milczałam przez chwilę.
– Tak, tato. I dobrze nam razem.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Może… może przyjdziecie kiedyś na obiad?
Serce mi zamarło. Spojrzałam na Michała siedzącego obok mnie na kanapie.
– Chciałbyś pójść?
Wzruszył ramionami.
– Nie wiem…
Wiedziałam jednak, że to ważne – dla nas wszystkich. Zorganizowaliśmy ten obiad tydzień później. Ojciec był spięty, Michał milczący. Ale kiedy pies wskoczył mu na kolana i polizał po ręce, wszyscy wybuchliśmy śmiechem.
To był pierwszy krok do pojednania.
Dziś minął rok odkąd Michał zamieszkał ze mną. Nie jest idealnie – czasem mam ochotę go udusić za bałagan czy spóźnienia z czynszem. Ale wiem już jedno: rodzina to nie tylko wspólna krew czy nazwisko. To wybór każdego dnia – żeby być razem mimo wszystko.
Czasem patrzę na brata i myślę: czy gdybym wtedy powiedziała coś więcej… czy nasze życie wyglądałoby inaczej? Czy można naprawdę wybaczyć sobie błędy przeszłości?