Cień winy: Jak przestałam być córką, a stałam się kozłem ofiarnym
— Znowu nie zapłaciłaś za prąd? — głos mamy przeszył ciszę kuchni jak nóż. Siedziałam przy stole, wpatrując się w rachunek, który leżał przede mną. Palce drżały mi tak bardzo, że nie byłam w stanie utrzymać długopisu. — Mamo, przecież mówiłam ci, że dostałam wypłatę dopiero wczoraj. Wszystko opłacę do końca tygodnia — próbowałam tłumaczyć, ale ona już nie słuchała.
— Ty zawsze masz wymówki! — krzyknęła, a jej twarz wykrzywiła się w grymasie rozczarowania. — Gdybyś była bardziej odpowiedzialna, nie musiałybyśmy żyć jak żebraczki!
Wtedy poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez chwilę miałam ochotę rzucić tym rachunkiem o ścianę i wybiec z domu. Ale zostałam. Zawsze zostaję. Bo przecież jestem jej córką. Bo przecież ona mnie potrzebuje. Bo przecież… może rzeczywiście to moja wina?
Mam na imię Marta. Mam 28 lat i od trzech lat mieszkam z mamą w starej kamienicy na Pradze. Ojciec odszedł, kiedy miałam 16 lat. Zostawił nas z kredytem i pustką, której nie dało się niczym wypełnić. Mama nigdy nie wróciła do pracy na pełen etat — najpierw była chora babcia, potem jej własne zdrowie zaczęło szwankować. Pracuję jako kasjerka w supermarkecie, czasem dorabiam wieczorami jako kelnerka. Staram się jak mogę, ale pieniędzy zawsze brakuje.
Ostatnio coraz częściej czuję się jak worek treningowy dla jej frustracji. Każdy niezapłacony rachunek, każda tańsza marka mleka, każdy dzień bez obiadu z mięsem — to wszystko jest moją winą. — Gdybyś skończyła studia, miałabyś lepszą pracę! — powtarza mi niemal codziennie. Ale przecież nie mogłam studiować — ktoś musiał się nią opiekować po operacji biodra.
Czasem mam wrażenie, że mama zapomniała, kim jestem. Że widzi we mnie tylko źródło swoich problemów. Kiedyś byłyśmy sobie bliskie — pamiętam nasze wspólne spacery po Saskiej Kępie, śmiech przy robieniu pierogów na święta. Teraz coraz częściej milczymy przy stole, a cisza między nami jest gęsta jak śmietana.
W zeszłym tygodniu wydarzyło się coś, co przelało czarę goryczy. Przyszła sąsiadka z dołu i poprosiła o pożyczenie 50 złotych na leki dla syna. Mama spojrzała na mnie z pogardą i powiedziała: — Marta nie ma nawet tyle, żeby pomóc choremu dziecku! Wstyd! Sąsiadka speszona wyszła, a ja poczułam się tak mała, jakbym znowu miała pięć lat.
Wieczorem zamknęłam się w łazience i płakałam przez godzinę. W głowie dudniły mi jej słowa: „Wstyd”, „nieodpowiedzialna”, „przez ciebie”. Czy naprawdę jestem taka beznadziejna? Czy to wszystko naprawdę moja wina?
Próbowałam z nią rozmawiać. — Mamo, proszę cię… Staram się jak mogę. Może poszukamy pomocy? Może pójdziemy do doradcy finansowego? — Ale ona tylko machnęła ręką: — Ty zawsze chcesz wszystko komplikować! Kiedyś ludzie radzili sobie sami!
Czasem mam ochotę spakować walizkę i wyjechać gdzieś daleko — do Gdańska, do Wrocławia, gdziekolwiek, byle nie tu. Ale wtedy przypominam sobie jej twarz, kiedy wraca ze sklepu z ciężkimi siatkami i ledwo powłóczy nogami po schodach. Przecież nie mogę jej zostawić… prawda?
Ostatnio coraz częściej szukam wsparcia w internecie. Czytam historie innych ludzi na forach, pytam o rady: „Co zrobić, gdy matka obwinia cię za wszystko?” Część ludzi pisze: „Musisz zadbać o siebie!” Inni: „Nie zostawiaj jej samej.” A ja czuję się rozdarta na pół.
W pracy też nie jest łatwo. Szefowa patrzy na mnie krzywo, bo ostatnio dwa razy spóźniłam się przez awarię tramwaju. Koleżanki plotkują o mnie za plecami: „Ta Marta to wiecznie zmęczona i smutna.” Czasem mam wrażenie, że wszyscy widzą we mnie tylko porażkę.
Wczoraj wieczorem mama przyszła do mojego pokoju i usiadła na łóżku. Przez chwilę milczałyśmy. Potem powiedziała cicho: — Wiesz… kiedyś myślałam, że będziesz kimś więcej niż ja. Że będziesz miała lepsze życie.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Chciałam powiedzieć jej, że też tego chciałam. Że marzyłam o studiach na ASP, o własnym mieszkaniu na Żoliborzu, o podróżach do Hiszpanii… Ale życie napisało inny scenariusz.
— Przepraszam cię, mamo — wyszeptałam tylko.
A ona spojrzała na mnie ze łzami w oczach i powiedziała: — To ja powinnam przeprosić.
Nie wiem, czy coś się zmieniło po tej rozmowie. Następnego dnia znów pokłóciłyśmy się o rachunki za gaz. Ale wieczorem mama zostawiła mi na stole kubek herbaty z cytryną i kawałek ciasta drożdżowego.
Może to jest właśnie życie? Ciągłe balansowanie między winą a przebaczeniem? Między odpowiedzialnością a pragnieniem wolności?
Czasem zastanawiam się: czy naprawdę jestem winna temu wszystkiemu? A może po prostu obie jesteśmy ofiarami okoliczności? Czy można kochać kogoś i jednocześnie mieć do niego żal?
Może ktoś z was zna odpowiedź.