Fontanna na weselu i cienie rodzinnych tajemnic

– Nie rób tego, proszę… – szepnęłam przez zaciśnięte zęby, czując jak palce ojca zaciskają się na moim ramieniu. Jego twarz była czerwona od alkoholu i gniewu, a oczy błyszczały tym samym chłodem, który pamiętałam z dzieciństwa. Wokół nas rozbrzmiewała muzyka disco polo, goście śmiali się i tańczyli, a ja czułam się jak w pułapce.

– Przestań się wygłupiać, Anka! – syknął ojciec, po czym pchnął mnie w stronę fontanny stojącej na środku ogrodu. Wszystko wydarzyło się w sekundę: zachwiałam się na wysokich obcasach, próbowałam złapać równowagę, ale już po chwili leżałam w zimnej wodzie, a nad moją głową rozległ się śmiech całej rodziny.

Woda była lodowata, a sukienka – jedyna, którą miałam na specjalne okazje – przylepiła się do ciała. Słyszałam śmiech ciotki Grażyny, rechot wujka Marka i nawet moja mama nie powstrzymała się od uśmiechu. Tylko moja siostra Magda, panna młoda, patrzyła na mnie z przerażeniem i współczuciem.

Wstałam powoli, czując jak łzy mieszają się z wodą spływającą po policzkach. Przez chwilę miałam ochotę uciec – schować się w łazience, zamknąć na klucz i nie wychodzić aż wszyscy pójdą do domu. Ale coś we mnie pękło. Może to był ten śmiech ojca, może spojrzenie Magdy…

– To nie jest śmieszne! – krzyknęłam, drżąc z zimna i upokorzenia. – To nie jest śmieszne!

Nikt nie odpowiedział. Ojciec tylko wzruszył ramionami i wrócił do stołu, gdzie czekała na niego kolejna setka wódki. Goście zaczęli szeptać między sobą, ale nikt nie podszedł, by mi pomóc.

Weszłam do domu, zostawiając za sobą mokre ślady na kafelkach. W łazience spojrzałam w lustro: rozmazany makijaż, włosy przyklejone do twarzy, oczy czerwone od płaczu. „Nie dam im tej satysfakcji”, pomyślałam. „Nie pozwolę, żeby to był kolejny wieczór, kiedy udajemy szczęśliwą rodzinę”.

Przebrałam się w dresy Magdy i wróciłam na salę. Muzyka ucichła – DJ właśnie robił przerwę na tort. Goście patrzyli na mnie ukradkiem, niektórzy z politowaniem, inni z rozbawieniem.

Podeszłam do mikrofonu stojącego przy stole młodej pary. Magda spojrzała na mnie błagalnie:

– Anka… proszę cię…

Ale ja już podjęłam decyzję.

– Chciałabym coś powiedzieć – zaczęłam drżącym głosem. – Wiem, że wszyscy świetnie się bawicie. Ale może warto przypomnieć sobie, że rodzina to nie tylko wspólne zdjęcia i udawane uśmiechy.

Ojciec spojrzał na mnie z pogardą:

– Znowu zaczynasz? Nie możesz choć raz zachować się normalnie?

– Normalnie? – powtórzyłam. – A co to znaczy być normalnym w tej rodzinie? Udawać, że wszystko jest w porządku? Że nie pamiętamy o tym, co działo się przez ostatnie lata?

Cisza była gęsta jak mgła nad Wisłą o świcie. Wszyscy patrzyli na mnie z niedowierzaniem.

– Może powinniśmy wreszcie przestać udawać – powiedziałam cicho. – Może powinniśmy powiedzieć prawdę o tym, dlaczego mama przez tyle lat płakała po nocach? Dlaczego Magda wyprowadziła się do Warszawy zaraz po maturze? Dlaczego ja…

Głos mi się załamał. Przez chwilę walczyłam ze sobą, ale potem poczułam dziwną ulgę.

– Dlaczego ja przez całe życie czułam się gorsza? Bo nigdy nie byłam wystarczająco dobra dla ciebie, tato! Bo zawsze musiałam być grzeczna i posłuszna! Bo kiedy miałam dwanaście lat i przyszłam do ciebie z płaczem po tym, jak sąsiad mnie skrzywdził, powiedziałeś tylko: „Nie wymyślaj głupot”!

W sali rozległ się szmer. Mama zakryła usta dłonią, a Magda zaczęła płakać.

– Przez lata udawaliśmy przed sobą nawzajem – ciągnęłam dalej – że jesteśmy normalną rodziną. Ale prawda jest taka, że każdy z nas nosi w sobie rany. I może czas przestać je ukrywać.

Ojciec zerwał się ze swojego miejsca:

– Przestań! Wystarczy tego przedstawienia!

– Nie! – krzyknęła nagle Magda. – Anka ma rację! Ile jeszcze będziemy zamiatać wszystko pod dywan? Ile jeszcze będziemy udawać?

Wujek Marek próbował załagodzić sytuację:

– Dajcie spokój, to przecież wesele…

Ale mama podniosła głos pierwszy raz od lat:

– Nie! Ja też mam dość! Przez tyle lat milczałam… Ale już nie chcę!

Wszyscy patrzyli na nią zdumieni. Mama zawsze była cicha i potulna. Teraz jej głos drżał od emocji:

– Przez tyle lat znosiłam twoje wybuchy złości, twoje upokorzenia… Myślałeś, że nikt nic nie widzi? Że dzieci nie słyszą twoich krzyków?

Ojciec stał jak sparaliżowany. Po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach strach.

– Może czas zacząć żyć inaczej – powiedziałam cicho. – Może czas przestać się bać.

Goście patrzyli na nas z niedowierzaniem. Ktoś wyszedł na papierosa, ktoś inny próbował udawać, że nic nie słyszy.

Magda podeszła do mnie i mocno mnie przytuliła.

– Dziękuję ci – wyszeptała. – Bałam się… Ale teraz czuję ulgę.

Mama też podeszła bliżej. Po raz pierwszy od lat poczułam jej ciepło i wsparcie.

Ojciec wyszedł bez słowa z sali. Nikt za nim nie poszedł.

Wesele już nigdy nie wróciło do dawnego rytmu. Goście rozchodzili się szybciej niż planowali. Ale my zostałyśmy razem: ja, Magda i mama. Po raz pierwszy od lat rozmawiałyśmy szczerze o wszystkim.

Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. Zastanawiałam się: czy warto było wywoływać burzę w tak ważnym dniu? Czy rodzina może przetrwać prawdę?

Może czasem trzeba wszystko zburzyć, żeby móc zacząć od nowa? Czy wy też kiedyś musieliście wybrać między lojalnością wobec rodziny a własną prawdą?