Kiedy nauczyłam się mówić „nie”: Jeden burzliwy lipiec nad polskim jeziorem
Drzwi domku zatrzasnęły się z hukiem, a echo tego dźwięku rozniosło się po cichym brzegu jeziora. Stałam w kuchni, zaciskając dłonie na blacie, próbując powstrzymać łzy. Paweł, mój mąż, właśnie wyszedł po kolejnej kłótni – tym razem o jego matkę, która bez zapowiedzi przyjechała do nas na Mazury. Mieliśmy spędzić ten lipiec sami, odpocząć od zgiełku Warszawy, od pracy, od rodziny. Ale życie, jak zwykle, miało inne plany.
– Marta, nie przesadzaj, to tylko kilka dni – powtarzał Paweł, patrząc na mnie z wyrzutem.
– Kilka dni? Ona tu jest już tydzień! – odpowiedziałam z goryczą. – Nie mogę nawet spokojnie napić się kawy na tarasie, bo ciągle słyszę: „A może byś posprzątała? A może ugotujesz coś lepszego?”
Paweł wzruszył ramionami i wyszedł. Zostałam sama z własną frustracją i poczuciem winy. Przecież to jego matka. Przecież powinnam być gościnna. Przecież… Ale ile razy można tłumaczyć sobie cudze zachowanie kosztem własnego spokoju?
Wiedziałam, że nie tylko ja czuję się przytłoczona. Nasza córka, Zosia, coraz częściej zamykała się w swoim pokoju z książką. Nawet pies, Borys, chował się pod stołem, gdy teściowa zaczynała narzekać na „dzisiejszą młodzież”.
Pewnego wieczoru, kiedy słońce chowało się za linią drzew, usłyszałam rozmowę Pawła z matką na tarasie.
– Ona jest taka drażliwa ostatnio – mówiła teściowa. – Może powinnaś jej powiedzieć, żeby trochę wyluzowała?
– Mamo, to nie takie proste… – zaczął Paweł.
– A co tu trudnego? Ja w jej wieku miałam dwójkę dzieci i pracowałam na dwa etaty!
Zacisnęłam zęby. Ile razy jeszcze usłyszę tę samą historię? Ile razy będę porównywana do kobiety sprzed czterdziestu lat?
Następnego dnia rano do domku przyjechała moja siostra, Anka. Bez zapowiedzi. Z dwójką dzieci i torbą pełną zakupów.
– Cześć! – krzyknęła radośnie. – Pomyślałam, że skoro macie tyle miejsca, to wpadniemy na kilka dni!
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie miałam już siły udawać uśmiechu.
– Anka, mogłaś chociaż zadzwonić… – powiedziałam cicho.
– Oj tam, przecież zawsze mówiłaś, że lubisz gości! – roześmiała się.
Nie odpowiedziałam. W kuchni teściowa już szykowała śniadanie dla wszystkich, komentując pod nosem: „No i dobrze, przynajmniej będzie wesoło”.
Przez kolejne dni dom był pełen hałasu, śmiechu dzieci i narzekań dorosłych. Każdy czegoś ode mnie chciał: obiadu, czystych ręczników, rozmowy o problemach. Paweł coraz częściej znikał na ryby albo pomagał sąsiadowi przy łódce. Ja zostawałam sama z całym tym chaosem.
Pewnej nocy obudziłam się zlana potem. Śniło mi się, że tonę w jeziorze – próbuję wołać o pomoc, ale nikt mnie nie słyszy. Rano spojrzałam w lustro i zobaczyłam zmęczoną kobietę z podkrążonymi oczami.
Tego dnia postanowiłam pójść na spacer sama. Szłam brzegiem jeziora, czując jak łzy same napływają mi do oczu. Zatrzymałam się na pomoście i spojrzałam na spokojną taflę wody.
– Dlaczego pozwalam wszystkim przekraczać moje granice? – zapytałam siebie szeptem.
Nagle usłyszałam za sobą kroki. To była Zosia.
– Mamo… wszystko w porządku? – zapytała niepewnie.
Przytuliłam ją mocno.
– Nie wiem, kochanie. Chyba muszę nauczyć się mówić „nie”.
Wieczorem zebrałam się na odwagę. Wyszłam do salonu, gdzie wszyscy siedzieli przed telewizorem.
– Muszę coś powiedzieć – zaczęłam drżącym głosem.
Wszyscy spojrzeli na mnie zdziwieni.
– Potrzebuję trochę spokoju. Chciałam ten czas spędzić z Pawłem i Zosią. Proszę… czy możecie uszanować moje potrzeby?
Zapadła cisza. Anka spojrzała na mnie zaskoczona.
– Myślałam, że ci to nie przeszkadza… – powiedziała cicho.
– Przeszkadza – odpowiedziałam stanowczo. – I już dłużej nie chcę udawać.
Teściowa prychnęła pod nosem, ale nic nie powiedziała. Paweł patrzył na mnie przez chwilę, a potem skinął głową.
– Masz rację – powiedział cicho. – Przepraszam.
Następnego dnia Anka spakowała dzieci i wyjechała. Teściowa również zaczęła przygotowywać się do powrotu do Warszawy.
Zostałam sama z Pawłem i Zosią. Po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę i spokój. Wieczorem usiedliśmy razem na tarasie i patrzyliśmy na zachód słońca nad jeziorem.
– Dziękuję ci – powiedział Paweł cicho. – Wiem, że nie było ci łatwo.
Uśmiechnęłam się przez łzy.
– Czasem trzeba nauczyć się mówić „nie”, żeby móc powiedzieć sobie „tak”.
Patrząc na spokojną taflę jeziora zastanawiałam się: ile jeszcze razy pozwolimy innym decydować o naszym szczęściu? Czy Wy też kiedyś musieliście postawić granicę najbliższym? Jakie to było uczucie?