Między garnkami a ciszą: Moje życie w cieniu kuchennego stołu i milczenia męża

— Znowu odgrzewane? — głos Marka przeciął ciszę kuchni jak nóż. Stałam z łyżką w ręku, patrząc na parujące pierogi, które jeszcze godzinę temu wydawały mi się dobrym pomysłem na szybki obiad. — Przecież wczoraj były świeże — odpowiedziałam cicho, próbując ukryć drżenie głosu. — Nie mogłaś zrobić czegoś nowego? Wiesz, że nie lubię odgrzewanego.

Zacisnęłam zęby. W środku gotowałam się ze złości, ale na zewnątrz byłam jak zawsze spokojna. Odsunęłam talerz i bez słowa zaczęłam obierać ziemniaki. Marek westchnął ciężko i wyszedł z kuchni, zostawiając mnie samą z moją frustracją i stertą brudnych naczyń.

Tak wygląda większość moich dni. Gotowanie, sprzątanie, ciche pretensje i coraz większa pustka w środku. Kiedyś kochałam gotować — pamiętam, jak na początku naszego małżeństwa piekłam dla Marka szarlotkę, a on śmiał się, że jestem jego mistrzynią kuchni. Teraz każde pytanie o obiad brzmi jak zarzut. Każdy dzień to walka o to, by sprostać jego oczekiwaniom, które rosną z każdym kolejnym rokiem.

Nie zawsze tak było. Kiedyś rozmawialiśmy przy stole, śmialiśmy się z naszych nieudanych kulinarnych eksperymentów. Teraz przy stole panuje cisza — przerywana tylko stukotem widelca o talerz. Nasza córka Zosia wyprowadziła się do Krakowa na studia i od tego czasu dom stał się jeszcze bardziej pusty. Czasem dzwoni, pyta, jak się czuję, ale nie potrafię jej powiedzieć prawdy. Nie chcę jej martwić.

Wczoraj wieczorem usiadłam na kanapie z kubkiem herbaty i próbowałam przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz czułam się szczęśliwa. Może wtedy, gdy Zosia była mała i razem piekłyśmy ciasteczka? Albo kiedy Marek wracał z pracy z bukietem tulipanów? Teraz nawet kwiaty zwiędłyby w tej atmosferze.

— Może byś poszła do pracy? — rzucił kiedyś Marek podczas jednej z naszych kłótni. — Przynajmniej miałabyś czym się zająć.

Zabolało mnie to bardziej niż chciałam przyznać. Przecież całe życie poświęciłam rodzinie. Zrezygnowałam z pracy w bibliotece, żeby wychować Zosię i dbać o dom. Teraz czuję się jak cień samej siebie — niewidzialna, niedoceniona, zamknięta w czterech ścianach kuchni.

Czasem myślę o tym, żeby po prostu wyjść. Zostawić wszystko i zacząć od nowa. Ale dokąd miałabym pójść? Mam pięćdziesiąt dwa lata, żadnego doświadczenia poza prowadzeniem domu i gotowaniem. Boję się samotności bardziej niż tej codziennej rutyny.

W zeszłym tygodniu spotkałam na rynku starą znajomą ze szkoły — Ewę. Uśmiechnęła się szeroko i zaprosiła mnie na kawę. Rozmawiałyśmy przez dwie godziny o wszystkim i o niczym. Opowiedziała mi o swoim rozwodzie, o tym, jak zaczęła pracować w kwiaciarni i jak odzyskała radość życia. Patrzyłam na nią z niedowierzaniem — przecież jeszcze niedawno była w podobnej sytuacji jak ja.

— Wiesz, Anka — powiedziała na pożegnanie — życie jest za krótkie, żeby je przeżyć w kuchni dla kogoś, kto nawet nie zauważa twojego wysiłku.

Te słowa nie dają mi spokoju. Wracają do mnie za każdym razem, gdy stoję nad garnkiem z zupą albo kroję marchewkę na sałatkę jarzynową. Czy naprawdę jestem tylko kucharką we własnym domu?

Dziś rano Marek znów narzekał na śniadanie. — Jajecznica za sucha — mruknął pod nosem. Odpowiedziałam mu tylko spojrzeniem. Po raz pierwszy od dawna nie przeprosiłam ani nie pobiegłam robić nowej.

Po południu zadzwoniła Zosia. — Mamo, co u ciebie? — zapytała radośnie.

— Wszystko dobrze, kochanie — skłamałam automatycznie.

— Może przyjedziesz do mnie na weekend? Pójdziemy do kina albo na spacer nad Wisłę.

Zawahałam się przez chwilę. — Może…

Wieczorem usiadłam przy stole naprzeciwko Marka. Cisza była gęsta jak śmietana w barszczu.

— Marek… czy ty jeszcze mnie kochasz? — zapytałam cicho.

Spojrzał na mnie zdziwiony, jakby pierwszy raz zobaczył człowieka po drugiej stronie stołu.

— O co ci chodzi? Przecież wszystko jest jak zawsze.

Właśnie w tym problem — pomyślałam. Wszystko jest jak zawsze. Tylko ja już nie jestem taka sama.

Patrzę teraz na swoje ręce poplamione burakami i zastanawiam się: czy naprawdę muszę wybierać między samotnością a życiem w cieniu cudzych oczekiwań? Czy ktoś jeszcze czuje się tak jak ja — zamknięty między garnkami a ciszą przy stole?