Między miłością a godnością: Czy matka powinna sprzątać za pieniądze u własnego syna?

– Mamo, ile ci się należy za to sprzątanie? – zapytał Paweł, nie patrząc mi w oczy, kiedy wycierałam kurz z jego półek. Zamarłam z ręką w powietrzu, ścierka zawisła między książkami a ramką ze zdjęciem z naszej ostatniej wspólnej Wigilii. Wtedy jeszcze byliśmy rodziną. Wtedy jeszcze czułam się potrzebna.

– Co ty mówisz, synku? – odpowiedziałam cicho, próbując ukryć drżenie głosu. – Przecież jestem twoją matką.

Paweł wzruszył ramionami, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. – Mamo, nie chcę, żebyś robiła coś za darmo. Każdy powinien być wynagradzany za swoją pracę.

Poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez całe życie starałam się być dla niego opoką. Po śmierci ojca to ja dźwigałam wszystko na swoich barkach – szkoła, obiady, pranie, rozmowy do późna w nocy. Nigdy nie liczyłam godzin ani sił. Byłam matką.

Teraz stałam w jego nowoczesnym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie i czułam się jak sprzątaczka. Nie jak matka. Jak ktoś obcy, komu wręcza się banknoty za to, że posprzątał łazienkę.

– Paweł, czy ty naprawdę myślisz, że ja tu przyszłam dla pieniędzy? – zapytałam już ostrzej.

Spojrzał na mnie z irytacją. – Mamo, nie rób scen. Po prostu chcę być fair. Ty też masz swoje potrzeby.

Zacisnęłam usta. Pamiętam, jak kiedyś przynosił mi laurki z przedszkola i mówił: „Mamusiu, jesteś najlepsza na świecie”. Teraz wyciągał portfel i pytał o stawkę godzinową.

Wyszłam do kuchni. Woda w czajniku zaczęła bulgotać, a ja poczułam łzy napływające do oczu. Nie chciałam płakać przy nim. Nie chciałam pokazać, jak bardzo mnie zranił.

Wrócił do salonu i usiadł przy laptopie. Przez chwilę panowała cisza tak gęsta, że słyszałam własne myśli:

„Czy naprawdę wychowałam go na kogoś, kto nie rozumie, czym jest rodzina? Czy to ja zawiodłam?”

Kiedy byłam młoda, moja mama powtarzała: „Dzieci są twoim lustrem”. Patrzyłam teraz na Pawła i widziałam w nim chłopca zagubionego w dorosłości. Chciał być nowoczesny, niezależny, sprawiedliwy – ale gdzieś po drodze zgubił serce.

Wieczorem zadzwoniła do mnie siostra, Basia.

– I co? Pomogłaś mu trochę? – zapytała z troską.

– Tak… Ale Basia… On chciał mi zapłacić za sprzątanie. Jak obcej kobiecie…

Basia westchnęła ciężko. – Maria, on po prostu nie chce cię wykorzystywać. Może tak go nauczyło życie?

– Ale ja nie jestem jego pracownicą! Jestem matką! – wybuchłam nagle. – Czy to tak teraz wygląda? Że wszystko trzeba przeliczyć na złotówki?

Basia milczała przez chwilę. – Może powinnaś mu powiedzieć, jak się czujesz?

Nie spałam tej nocy prawie wcale. Przewracałam się z boku na bok, wspominając czasy, gdy Paweł był mały i tulił się do mnie po koszmarach. Gdzie podział się ten chłopiec?

Następnego dnia zadzwonił do mnie sam.

– Mamo… Przepraszam za wczoraj. Chyba nie pomyślałem…

– Paweł… Ja nie chcę twoich pieniędzy. Chcę tylko czuć się potrzebna. Chcę być twoją mamą, a nie usługodawcą.

Usłyszałam w jego głosie coś miękkiego.

– Wiem… Po prostu… W pracy wszyscy wszystko rozliczają. Chciałem być w porządku…

– Synku… Rodzina to nie firma – powiedziałam cicho.

Przez chwilę milczeliśmy razem.

Od tamtej pory rzadziej proszę go o spotkania. Częściej rozmawiamy przez telefon niż widujemy się twarzą w twarz. Czasem mam wrażenie, że coś między nami pękło na zawsze.

Ale czasem też myślę: może to ja jestem staroświecka? Może dzisiejsze dzieci tak mają? Może świat się zmienił i ja nie potrafię już za nim nadążyć?

Czasem patrzę na swoje ręce – spracowane, popękane od lat pracy – i pytam siebie: czy naprawdę godność matki można przeliczyć na pieniądze? Czy miłość do dziecka ma swoją cenę?

A wy? Co byście zrobili na moim miejscu? Czy można być dumnym i kochającym jednocześnie?