Między nami i pieniędzmi: Historia rozbitej siostrzanej miłości
– Znowu to robisz, Anka! – krzyknęła Marta, trzaskając drzwiami kuchni tak mocno, że aż szklanki zadźwięczały w kredensie po babci. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, próbując zmyć z talerzy resztki niedzielnego obiadu, ale jej słowa paliły mnie bardziej niż gorąca herbata, którą przed chwilą wylała na stół.
– Co robię? – wycedziłam przez zęby, nie odwracając się. – Próbuję tylko porozmawiać jak człowiek.
– Ty nigdy nie rozmawiasz. Ty rozliczasz! – odpowiedziała Marta, a jej głos drżał od tłumionych łez.
W tej chwili poczułam się, jakby ktoś wyciągnął mi spod nóg dywan. Przecież zawsze byłyśmy z Martą nierozłączne. Od dzieciństwa dzieliłyśmy wszystko – pokój, zabawki, nawet pierwsze sekrety. Pamiętam, jak razem chowałyśmy się pod stołem w salonie, kiedy rodzice się kłócili. Wtedy przysięgłyśmy sobie, że nigdy nie dopuścimy, by coś nas poróżniło.
A teraz? Kłócimy się o pieniądze. O te przeklęte pieniądze po mamie.
Mama zmarła nagle dwa lata temu. Zostawiła nam mieszkanie na Pradze i trochę oszczędności. Miałyśmy wszystko podzielić po równo, tak przynajmniej mówił testament. Ale życie nie jest takie proste jak kartka papieru z podpisem notariusza.
Marta mieszkała z mamą do końca. Opiekowała się nią, kiedy ja byłam zajęta własną rodziną i pracą w banku. Czułam się winna, że nie byłam przy niej częściej, ale tłumaczyłam sobie, że przecież Marta zawsze była silniejsza ode mnie. Teraz ona uważała, że należy jej się więcej – za te wszystkie nieprzespane noce, za pampersy i kroplówki, za łzy w poduszkę.
– To nie jest sprawiedliwe – powtarzała mi za każdym razem. – Ty miałaś swoje życie, ja oddałam swoje mamie.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Czy można wycenić opiekę nad umierającym rodzicem? Czy miłość i poświęcenie mają swoją cenę?
Wróciłam myślami do dzieciństwa. Marta zawsze była tą odważniejszą. To ona pierwsza wskakiwała do Wisły podczas wakacji u dziadków w Kazimierzu. To ona broniła mnie przed chłopakami z podwórka, kiedy śmiali się z moich okularów. A ja? Ja zawsze stałam z boku, czekając aż ktoś rozwiąże za mnie problem.
Może dlatego teraz tak bardzo chciałam trzymać się litery testamentu. Prawo było dla mnie bezpieczne, przewidywalne. Ale dla Marty liczyło się serce.
– Anka, ty nic nie rozumiesz! – krzyczała dziś rano przez telefon. – Dla ciebie wszystko to cyferki i paragrafy!
– A dla ciebie wszystko to emocje! – odparłam bez namysłu.
Potem długo milczałyśmy. W tej ciszy czułam ciężar wszystkich niewypowiedzianych słów: żalu o to, że nie byłam przy mamie; złości na Martę, że robi ze mnie wyrodną córkę; strachu przed tym, że już nigdy nie będziemy dla siebie siostrami.
Wieczorem przyszła do mnie do mieszkania na Grochowie. Przyniosła stare zdjęcia – te same, które oglądałyśmy jako dzieci pod stołem w salonie.
– Pamiętasz? – zapytała cicho, pokazując zdjęcie z komunii.
– Pamiętam – odpowiedziałam i nagle poczułam łzy pod powiekami.
Usiadłyśmy obok siebie na kanapie. Przez chwilę milczałyśmy, patrząc na fotografie: my dwie w białych sukienkach; mama śmiejąca się do obiektywu; tata jeszcze wtedy obecny i uśmiechnięty.
– Chciałabym cofnąć czas – wyszeptała Marta. – Ale nie potrafię zapomnieć tego wszystkiego…
– Ja też nie – przyznałam szeptem.
Wtedy zaczęłyśmy mówić. O wszystkim: o tym, jak bardzo bolało ją patrzenie na mamę gasnącą z dnia na dzień; o tym, jak bardzo bolało mnie poczucie winy i bezsilności; o tym, jak bardzo obie tęsknimy za czasami, kiedy jedynym naszym problemem było to, kto pierwszy dostanie loda na patyku.
Rozmawiałyśmy do późnej nocy. Było dużo łez i jeszcze więcej wyrzutów sumienia. Ale po raz pierwszy od miesięcy poczułam, że może jest dla nas jakaś nadzieja.
Następnego dnia spotkałyśmy się u notariusza. Marta zgodziła się na podział zgodnie z testamentem, ale poprosiła mnie o jedną rzecz:
– Chcę tylko jedną pamiątkę po mamie – jej pierścionek zaręczynowy. Reszta może być twoja.
Zgodziłam się bez wahania. Wiedziałam już, że żadne pieniądze nie są warte tego, by stracić siostrę.
Dziś mija pół roku od tamtego dnia. Nasza relacja wciąż jest krucha jak porcelana po babci – wystarczy jeden fałszywy ruch i wszystko może się rozsypać. Ale uczymy się rozmawiać bez krzyku i słuchać siebie nawzajem.
Czasem zastanawiam się: ile rodzin musiało rozpaść się przez pieniądze? Czy naprawdę warto walczyć o rzeczy materialne kosztem miłości? Czy potrafimy wybaczyć sobie nawzajem to wszystko, co wydarzyło się przez te dwa lata?
Może ktoś z was też przeżył podobny konflikt? Czy można odbudować siostrzaną więź po tylu ranach? A może są rzeczy, których nigdy nie da się naprawić?