Mój brat oddał wszystko, a gdy upadł – został sam. Czy warto być dobrym w świecie, który zapomina?
– Marek, nie możesz tak po prostu zostać sam! – krzyknąłem, czując jak łzy napływają mi do oczu. Stałem w kuchni jego mieszkania na warszawskim Bródnie, patrząc na brata, który jeszcze kilka lat temu był filarem naszej rodziny. Teraz siedział przy stole, blady, zgarbiony, z oczami wbitymi w kubek zimnej herbaty.
– A co mam zrobić, Piotrek? – odpowiedział cicho. – Dzieci mają swoje życie. Nie będę im przeszkadzał.
Zawsze był taki. Marek – starszy o siedem lat, odkąd pamiętam – był tym, który ratował sytuacje. Gdy tata odszedł do innej kobiety, miałem dziesięć lat. Mama nie radziła sobie z dwoma synami i pracą na dwa etaty. To Marek gotował mi obiady, odrabiał ze mną lekcje, a potem szedł do pracy na nocną zmianę w magazynie. Zawsze powtarzał: „Rodzina to świętość”.
Kiedy sam założył rodzinę, nie zmienił się. Pracował ponad siły, żeby jego dzieci – Kasia i Bartek – mieli wszystko, czego potrzebują. Zawsze był na wywiadówkach, zawsze na meczu syna i przedstawieniu córki. Gdy mama zachorowała na raka, to on brał urlop bezpłatny i siedział przy niej w szpitalu. Ja wtedy byłem już po studiach i próbowałem ułożyć sobie życie za granicą. Wracałem tylko na święta.
A potem wszystko się posypało. Najpierw Marek stracił pracę – magazyn zamknęli z dnia na dzień. Potem zaczęły się problemy ze zdrowiem: cukrzyca, nadciśnienie, serce. Jego żona, Ewa, nie wytrzymała presji i odeszła do innego mężczyzny. Dzieci były już dorosłe – Kasia studiowała w Krakowie, Bartek wyjechał do Anglii.
Przez jakiś czas Marek jeszcze próbował być tym samym silnym człowiekiem. Ale kiedy trafił do szpitala po zawale, nikt z nich nie przyjechał. Zadzwoniłem wtedy do Kasi.
– Tato przesadza – powiedziała chłodno. – Zawsze robi z siebie ofiarę. Ja mam egzaminy.
Bartek nawet nie odebrał telefonu.
Wróciłem do Polski na stałe. Nie mogłem patrzeć, jak Marek gaśnie w samotności. Zacząłem przychodzić codziennie: robiłem zakupy, gotowałem mu obiady, czasem po prostu siedzieliśmy razem w ciszy.
Ale czułem w sobie narastający gniew i żal – do jego dzieci, do świata, do siebie samego. Czy to ja powinienem być tym, który zostaje? Przecież to nie ja byłem zawsze tym dobrym bratem.
Pewnego wieczoru Marek spojrzał na mnie z uśmiechem:
– Wiesz co jest najgorsze? Nie to, że boli serce czy że nie mogę wejść po schodach. Najgorsze jest to uczucie… jakby cię ktoś wykreślił z własnego życia.
Nie wiedziałem co odpowiedzieć.
W święta próbowałem zorganizować rodzinne spotkanie. Zadzwoniłem do Kasi:
– Tata bardzo by się ucieszył…
– Nie mogę przyjechać – przerwała mi szybko. – Mam plany z chłopakiem.
Bartek napisał krótkiego SMS-a: „Nie dam rady. Może w przyszłym roku.”
Marek udawał twardego:
– Daj spokój, Piotrek. Nie musisz się starać za wszystkich.
Ale widziałem łzy w jego oczach.
W końcu wybuchłem:
– Dlaczego oni cię tak traktują? Przecież oddałeś im wszystko!
Marek wzruszył ramionami:
– Może właśnie dlatego? Może za bardzo ich chroniłem? Może nigdy nie nauczyli się odpowiedzialności…
Przez kolejne miesiące patrzyłem, jak brat gaśnie coraz bardziej. Lekarze mówili jasno: potrzebuje opieki całodobowej. Zaproponowałem mu dom opieki.
– Nie chcę umierać wśród obcych ludzi – powiedział stanowczo.
Zacząłem zaniedbywać własną rodzinę – żona miała do mnie pretensje:
– Piotrek, ile jeszcze będziesz żył życiem Marka? My też cię potrzebujemy!
Czułem się rozdarty na pół.
Pewnego dnia Kasia zadzwoniła niespodziewanie:
– Wiesz… chyba powinnam przyjechać do taty. Może masz rację…
Przyjechała na weekend. Siedzieliśmy we trójkę przy stole. Kasia płakała:
– Przepraszam cię, tato… Bałam się twojej słabości. Zawsze byłeś taki silny…
Marek tylko pogładził ją po głowie:
– Każdy kiedyś upada, Kasiu. Ważne, kto wtedy poda rękę.
Bartek jednak nie przyjechał nigdy.
Marek odszedł cicho kilka miesięcy później. Na pogrzebie było niewiele osób – ja, Kasia i kilku sąsiadów.
Dziś często wracam myślami do tych ostatnich miesięcy jego życia. Czy mogłem zrobić więcej? Czy można nauczyć innych odpowiedzialności i wdzięczności? Czy warto być dobrym w świecie, który tak łatwo zapomina o tych, którzy oddali wszystko?
A może właśnie dlatego trzeba być dobrym… nawet jeśli nikt tego nie zauważy?