Moja córka postanowiła sprzedać swoją część mieszkania – a ja zostałam z niczym
– Mamo, muszę z tobą porozmawiać – usłyszałam głos Magdy, mojej córki, zanim jeszcze zdążyłam zdjąć płaszcz po powrocie z zakupów. Stała w przedpokoju, z telefonem w dłoni, nerwowo przygryzając wargę. – To ważne.
Wiedziałam, że coś się dzieje. Ostatnio Magda była rozdrażniona, coraz częściej zamykała się w swoim pokoju, a jej rozmowy z bratem, Tomkiem, kończyły się trzaskaniem drzwi. Przez chwilę miałam nadzieję, że to tylko przejściowy kryzys, może kłótnia o coś błahego, jak to między rodzeństwem bywa. Ale kiedy spojrzałam jej w oczy, zobaczyłam w nich coś więcej – determinację i strach.
– Mamo, ja… ja chcę sprzedać swoją część mieszkania – powiedziała w końcu, patrząc na mnie wyczekująco. – Potrzebuję pieniędzy. Chcę zacząć nowe życie z Pawłem. On dostał pracę w Warszawie, a ja nie mogę tu dłużej zostać. To mieszkanie… ono mnie dusi.
Poczułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. Przecież to mieszkanie było wszystkim, co miałam. Odziedziczyłam je po rodzicach, tu wychowałam Magdę i Tomka, tu przeżyłam najpiękniejsze i najtrudniejsze chwile mojego życia. Po śmierci męża to właśnie te cztery ściany dawały mi poczucie bezpieczeństwa. A teraz miałam je dzielić z obcymi?
– Magda, ale gdzie ja będę mieszkać? – zapytałam cicho, czując, jak łzy napływają mi do oczu. – Przecież jeśli sprzedasz swoją część, nowi właściciele mogą mnie wyrzucić. Nie pomyślałaś o tym?
– Mamo, przecież masz jeszcze Tomka. On na pewno cię nie zostawi – odpowiedziała, ale jej głos był niepewny. – Poza tym, to tylko formalność. Nowi właściciele nie będą chcieli się tu wprowadzać, kupią to jako inwestycję. Tak mówił Paweł.
W tamtej chwili poczułam się zdradzona przez własne dziecko. Przecież wszystko, co robiłam, robiłam dla nich. Kiedy kilka lat temu postanowiłam przepisać mieszkanie po połowie na Magdę i Tomka, wydawało mi się to sprawiedliwe. Chciałam, żeby każde z nich miało poczucie bezpieczeństwa, żeby nie musieli się o nic martwić, kiedy mnie zabraknie. Nie przewidziałam tylko jednego – że moje dzieci pokłócą się o to, co miało je połączyć.
Tomek dowiedział się o wszystkim przypadkiem. Przyszedł do mnie wieczorem, kiedy siedziałam w kuchni z kubkiem herbaty, próbując zapanować nad myślami.
– Mama, Magda chce sprzedać swoją część? – zapytał bez ogródek. – Przecież to absurd! Kto kupi połowę mieszkania z tobą w środku?
– Nie wiem, synku – odpowiedziałam bezradnie. – Ale ona jest zdeterminowana. Chce wyjechać, zacząć nowe życie. Nie mogę jej zatrzymać na siłę.
Tomek był wściekły. Widziałam, jak zaciska pięści, jak jego twarz czerwienieje z gniewu.
– To niesprawiedliwe! – krzyknął. – Przecież to nasze rodzinne mieszkanie! Jak ona może tak po prostu odejść i zostawić cię na pastwę losu?
Przez kolejne dni atmosfera w domu była nie do zniesienia. Magda unikała Tomka, a ja czułam się jak intruz we własnym życiu. Każda rozmowa kończyła się kłótnią, a ja coraz częściej łapałam się na tym, że marzę o tym, by cofnąć czas i nigdy nie przepisywać mieszkania.
W końcu pojawił się kupiec. Młody mężczyzna, pan Krzysztof, przyszedł obejrzeć mieszkanie. Był uprzejmy, ale rzeczowy. Zadawał pytania o stan techniczny, o sąsiadów, o możliwość szybkiego przejęcia części Magdy.
– A pani tu zostaje? – zapytał w pewnym momencie, patrząc na mnie z lekkim uśmiechem.
– Tak, mieszkam tu z synem – odpowiedziałam, czując, jak serce wali mi w piersi.
– Rozumiem. Proszę się nie martwić, nie mam zamiaru nikogo wyrzucać. To inwestycja na przyszłość – zapewnił, ale nie potrafiłam mu uwierzyć.
Po jego wyjściu usiadłam na kanapie i rozpłakałam się. Magda próbowała mnie pocieszyć, ale jej słowa tylko pogarszały sprawę.
– Mamo, musisz mnie zrozumieć. Ja się tu duszę. Chcę mieć własne życie, własny dom. Nie mogę być wiecznie twoją córką, muszę być też kobietą, żoną, matką.
– Ale ja też jestem człowiekiem, Magda – odpowiedziałam, drżącym głosem. – Też mam swoje potrzeby, swoje lęki. Nie mogę zostać na ulicy tylko dlatego, że ty chcesz zacząć od nowa.
Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam w jej oczach cień wątpliwości. Może dotarło do niej, jak bardzo mnie rani. Ale było już za późno. Umowa została podpisana, pieniądze przelane, a ja zostałam z połową mieszkania i połową serca.
Tomek próbował mnie pocieszać, zapewniał, że nigdy mnie nie zostawi, że zawsze będę miała u niego miejsce. Ale ja czułam się jak ciężar, jak niechciany gość we własnym domu. Każdego dnia budziłam się z lękiem, że nowy właściciel przyjdzie i powie: „Proszę się wyprowadzić”.
Zaczęłam mieć problemy ze snem, coraz częściej bolała mnie głowa, serce waliło jak oszalałe. Znajomi mówili, żebym poszła do prawnika, że może da się coś jeszcze zrobić. Ale ja nie miałam już siły walczyć. Czułam się przegrana, zdradzona przez własne dziecko, osamotniona w świecie, który kiedyś był moim domem.
Dziś siedzę przy oknie i patrzę na podwórko, na którym bawiły się kiedyś moje dzieci. Zastanawiam się, gdzie popełniłam błąd. Czy powinnam była zatrzymać mieszkanie tylko dla siebie? Czy mogłam przewidzieć, że Magda tak bardzo zapragnie wolności, że zapomni o matce?
Może to wszystko moja wina. Może za bardzo chciałam być sprawiedliwa, a za mało myślałam o sobie. Ale czy matka może myśleć o sobie, kiedy w grę wchodzi dobro dzieci?
Czasem pytam siebie: czy można jeszcze naprawić to, co się stało? Czy rodzina, która się rozpadła przez pieniądze, może jeszcze się poskładać? Co wy byście zrobili na moim miejscu?