Moja rodzina czeka, aż umrę, by przejąć mój dom – ale mam dla nich niespodziankę

– I co, ciociu, znowu sama siedzisz w tym swoim domku? – usłyszałam głos mojej siostrzenicy, Magdy, zanim jeszcze zdążyłam zamknąć drzwi wejściowe. Stała na progu z uśmiechem, który miał w sobie więcej chłodu niż serdeczności. Za nią pojawiła się jej matka, moja młodsza siostra Teresa, z miną, jakby przyszła tu tylko z obowiązku.

– Wpadłyśmy na herbatę – dodała Teresa, rozglądając się po korytarzu, jakby oceniała stan ścian i podłogi.

Przez chwilę miałam ochotę zamknąć im drzwi przed nosem. Ale wpuściłam je do środka. W końcu to moja rodzina, prawda? Chociaż od lat czuję się przy nich bardziej jak intruz niż bliska osoba.

Usiadłyśmy w kuchni. Magda od razu zaczęła przeglądać telefon, a Teresa zerkała na mnie spod przymrużonych powiek.

– Jak się czujesz? – zapytała w końcu. – Wiesz, w twoim wieku różne rzeczy mogą się zdarzyć…

Zacisnęłam dłonie na filiżance. Wiedziałam, do czego zmierza. Od lat słyszę te same pytania: czy mam już testament, czy nie powinnam pomyśleć o przekazaniu domu komuś z rodziny, zanim coś mi się stanie. Odkąd zostałam sama po rozwodzie z Andrzejem – który zostawił mnie dla młodszej kobiety – cała rodzina traktuje mnie jak problem do rozwiązania albo… jak czekający na nich spadek.

Nie mam dzieci. Po rozwodzie zostałam sama. Przez pierwsze lata próbowałam odbudować swoje życie – zapisałam się na kursy, zaczęłam malować, nawet przez chwilę myślałam o adopcji psa. Ale każda próba kończyła się tym samym: poczuciem pustki i świadomością, że nikomu na mnie nie zależy.

Rodzina odwiedza mnie tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuje. Teresa przychodzi po przepisy na ciasta albo pożyczyć pieniądze. Magda wpada, gdy potrzebuje nowego laptopa albo chce się pochwalić kolejnym chłopakiem. Nikt nie pyta, jak się naprawdę czuję.

Pewnego dnia podsłuchałam rozmowę Teresy z Magdą na moim podwórku. Myślały, że ich nie słyszę.

– Szkoda, że ciotka nie ma dzieci – mówiła Magda. – Ten dom to prawdziwa gratka. Jak umrze, to chyba nam przypadnie?

– Oby nie oddała go komuś obcemu – odpowiedziała Teresa. – Musimy ją pilnować.

Stałam za firanką i czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie dlatego, że chcą mój dom. Bolało mnie to, że jestem dla nich tylko przeszkodą do spadku.

Od tamtej pory zaczęłam się zmieniać. Przestałam odbierać telefony od Teresy i Magdy. Przestałam zapraszać rodzinę na święta. Zaczęłam szukać sensu gdzie indziej.

Znalazłam go w miejscu, którego nigdy bym się nie spodziewała: w pobliskim domu dziecka. Najpierw poszłam tam jako wolontariuszka – pomagałam dzieciom w nauce, czytałam im książki, piekłam ciasta na urodziny. Z czasem stałam się dla nich kimś więcej niż tylko „panią od bajek”.

Jedna z dziewczynek, siedmioletnia Ola, szczególnie zapadła mi w serce. Miała rude włosy i ogromne zielone oczy. Była nieufna wobec dorosłych, ale przy mnie powoli zaczęła się otwierać.

– Ciociu Aniu – powiedziała pewnego dnia – czy mogę do ciebie przyjść na herbatę?

Zgodziłam się bez wahania. Od tej pory Ola odwiedzała mnie regularnie. Razem piekłyśmy ciasteczka, malowałyśmy obrazy i rozmawiałyśmy o wszystkim.

Wkrótce inne dzieci zaczęły przychodzić do mojego domu na warsztaty plastyczne i wspólne gotowanie. Mój dom znów zaczął tętnić życiem – takim prawdziwym, szczerym.

Rodzina dowiedziała się o tym przypadkiem. Pewnego dnia Teresa przyszła bez zapowiedzi i zastała mnie w kuchni z grupką dzieci.

– Co tu się dzieje?! – wykrzyknęła z oburzeniem.

– Pomagam dzieciom z domu dziecka – odpowiedziałam spokojnie.

– A co z rodziną? Myślisz o nas w ogóle? – rzuciła z wyrzutem.

Spojrzałam jej prosto w oczy.

– Myślę o tych, którzy są ze mną wtedy, gdy naprawdę tego potrzebuję.

Od tamtej pory relacje z rodziną jeszcze bardziej się ochłodziły. Przestali dzwonić nawet z okazji świąt. Ale ja już nie czułam żalu ani pustki. Zyskałam nową rodzinę – dzieciaki, które naprawdę mnie potrzebują.

Kilka miesięcy temu postanowiłam zrobić coś jeszcze odważniejszego: sporządziłam testament. Mój dom zapisuję fundacji wspierającej dzieci z domu dziecka. Chcę, by po mojej śmierci to miejsce nadal było pełne śmiechu i radości.

Ostatnio Magda napisała do mnie SMS-a:

„Ciociu, słyszałam plotki o twoim testamencie… To prawda?”

Nie odpisałam jej od razu. Usiadłam przy oknie z kubkiem herbaty i patrzyłam na bawiące się w ogrodzie dzieci.

Czy żałuję? Nie. Po raz pierwszy od lat czuję spokój i sens.

Czasem zastanawiam się: dlaczego tak trudno być dla siebie nawzajem dobrym? Czy rodzina to tylko więzy krwi… czy może coś znacznie więcej? Co wy o tym myślicie?