Moja teściowa przed drzwiami: Czy mam prawo do własnego spokoju?
— Otwórz, wiem, że jesteś w domu! — głos teściowej rozbrzmiewał za drzwiami jak syrena alarmowa. Stałam w kuchni, z rękami mokrymi od zmywania naczyń, a serce waliło mi jak młotem. Spojrzałam na zegarek — była 10:17. Nie spodziewałam się nikogo, a już na pewno nie jej.
Zamknęłam oczy i przez chwilę próbowałam zebrać myśli. „Może jeśli nie otworzę, pójdzie sobie?” — przemknęło mi przez głowę, ale zaraz potem usłyszałam kolejne natarczywe pukanie. — Marto! Otwieraj natychmiast! — tym razem jej ton był jeszcze bardziej stanowczy.
Wzięłam głęboki oddech i powoli podeszłam do drzwi. Otworzyłam je tylko na tyle, by zobaczyć jej twarz — zaciętą, z wyraźnym cieniem niezadowolenia.
— Dzień dobry, pani Zofio — powiedziałam cicho.
— Dzień dobry? To wszystko? Nawet nie zaprosisz mnie do środka? — spojrzała na mnie z wyrzutem.
Wpuściłam ją do mieszkania, czując jak napięcie narasta z każdą sekundą. Zofia rozglądała się krytycznie po salonie, jakby szukała dowodów na moje nieudolności jako żony i matki.
— Gdzie jest Paweł? — zapytała ostro.
— W pracy. Jak zwykle o tej porze — odpowiedziałam, starając się nie okazywać zdenerwowania.
Usiadła ciężko na kanapie i zaczęła mówić o wszystkim i o niczym: o sąsiadce spod trójki, która znowu źle zaparkowała samochód; o pogodzie; o tym, że dzieci powinny mieć już rodzeństwo. Słuchałam jej jednym uchem, próbując nie wybuchnąć. W głowie miałam tylko jedno pytanie: „Dlaczego ona zawsze przychodzi bez zapowiedzi? Czy naprawdę nie rozumie, że mam prawo do własnego życia?”
Od kiedy wyszłam za Pawła, czułam się jakby ktoś stale oceniał każdy mój ruch. Zofia była typową polską teściową: wszystko wiedziała najlepiej, zawsze miała rację i nigdy nie przyjmowała do wiadomości, że mogłabym mieć inne zdanie. Przez pierwsze lata małżeństwa starałam się być uprzejma, uśmiechać się i znosić jej wizyty. Ale odkąd urodził się nasz syn Kuba, zaczęło mi to coraz bardziej doskwierać.
— Marta, powinnaś częściej gotować Pawłowi rosół. On uwielbia rosół! — rzuciła nagle.
— Gotuję mu to, co lubi — odpowiedziałam spokojnie.
— Ale rosół to podstawa! I jeszcze te twoje nowoczesne przepisy… Kto to widział? — pokręciła głową z dezaprobatą.
Zacisnęłam pięści pod stołem. Ile razy można słuchać tych samych uwag? Ile razy można tłumaczyć się z własnych wyborów?
Nagle Kuba wbiegł do salonu z klockami w rękach.
— Babciu! Zobacz, co zbudowałem! — zawołał radośnie.
Zofia natychmiast się rozpromieniła i zaczęła chwalić wnuka. Przez chwilę poczułam ulgę — może teraz da mi spokój? Ale nie. Po chwili znów wróciła do tematu wychowania dzieci.
— Marta, powinnaś mniej pozwalać Kubie na oglądanie bajek. Za moich czasów dzieci bawiły się na podwórku!
— Wiem, ale dziś jest inaczej… — próbowałam tłumaczyć.
— Nie tłumacz się! Po prostu powinnaś być bardziej stanowcza! — przerwała mi ostro.
Wtedy coś we mnie pękło. Spojrzałam jej prosto w oczy i powiedziałam:
— Pani Zofio, bardzo proszę… Jeśli chce pani przychodzić do nas, proszę najpierw zadzwonić. Potrzebuję trochę prywatności i spokoju.
Zapadła cisza. Zofia patrzyła na mnie jakby nie wierzyła w to, co usłyszała.
— Jak śmiesz mówić mi takie rzeczy? Ja chcę tylko dobrze dla waszej rodziny! — jej głos drżał ze złości.
— Wiem… Ale ja też chcę dobrze dla swojej rodziny. I dla siebie — odpowiedziałam cicho.
Wstała gwałtownie z kanapy i zaczęła zbierać swoje rzeczy.
— Powiem Pawłowi, jak mnie traktujesz! — rzuciła przez ramię i wyszła trzaskając drzwiami.
Zostałam sama w salonie. Kuba patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami.
— Mamo, babcia się obraziła?
Przytuliłam go mocno.
— Czasem dorośli też muszą się czegoś nauczyć — szepnęłam.
Wieczorem Paweł wrócił do domu. Od razu zauważył napiętą atmosferę.
— Co się stało? Mama dzwoniła do mnie cała roztrzęsiona…
Opowiedziałam mu wszystko. Siedział długo w milczeniu, po czym powiedział:
— Może rzeczywiście powinniśmy ustalić jakieś zasady… Ale wiesz, że ona tego nie zrozumie.
— Może nie od razu. Ale jeśli teraz nie postawię granic, nigdy nie będę miała własnego życia — odpowiedziałam stanowczo.
Przez kolejne dni atmosfera była napięta. Zofia nie dzwoniła, nie przychodziła. Czułam ulgę, ale też wyrzuty sumienia. Czy byłam zbyt ostra? Czy powinnam była przemilczeć sprawę dla świętego spokoju?
Po tygodniu zadzwonił domofon. Serce znów mi zadrżało. Tym razem jednak usłyszałam cichy głos:
— Marta… Mogę wejść?
Otworzyłam drzwi. Zofia stała na korytarzu ze spuszczoną głową.
— Przepraszam… Może rzeczywiście powinnam wcześniej zadzwonić — powiedziała cicho.
Poczułam łzy napływające do oczu. Może to był początek nowego etapu?
Czasem zastanawiam się: czy naprawdę mamy prawo walczyć o własny spokój w rodzinie? Czy stawianie granic to egoizm czy konieczność? Co wy byście zrobili na moim miejscu?