Moja teściowa w bieli na moim ślubie – ale to ja miałam ostatnie słowo
– Czy ty to widzisz? – szepnęła mi do ucha moja świadkowa, Anka, kiedy drzwi kościoła otworzyły się szeroko i do środka wkroczyła Grażyna.
Nie musiałam pytać, o co chodzi. Wszyscy spojrzeli w jej stronę. Moja teściowa, kobieta o stalowym spojrzeniu i nieustępliwym charakterze, szła powoli przez nawę w… białej sukni. Nie była to zwykła kreacja – to była suknia ślubna, z koronkami i trenem, jakby to ona miała dziś powiedzieć „tak”. Czułam, jak krew odpływa mi z twarzy.
„To nie może być prawda. To jakiś żart…” – powtarzałam w myślach, próbując nie rozpłakać się na oczach wszystkich gości. Przez chwilę miałam ochotę rzucić bukietem i uciec z kościoła. Ale wtedy spojrzałam na Bartka. Stał przy ołtarzu, blady jak ściana, z oczami wbitymi w podłogę. Nawet nie spojrzał na matkę.
– Co ona sobie myśli? – syknęła Anka. – Przecież to twój dzień!
Zacisnęłam dłonie na bukiecie tak mocno, że aż zabolały mnie palce. W głowie miałam mętlik: gniew, upokorzenie, bezradność. Przez całe narzeczeństwo Grażyna dawała mi do zrozumienia, że nigdy nie będę dla niej wystarczająco dobra. Ale żeby zrobić coś takiego?
Ceremonia była jak przez mgłę. Słowa księdza odbijały się echem od ścian, a ja czułam na sobie wzrok wszystkich gości. Szeptali między sobą, niektórzy ukradkiem robili zdjęcia Grażynie. Moja mama płakała – wiedziałam, że nie ze wzruszenia.
Po mszy podeszłam do Bartka.
– Musisz coś z tym zrobić – powiedziałam cicho. – To jest upokarzające.
Bartek tylko spuścił głowę.
– Wiesz, jaka ona jest… Nie chcę robić awantury na naszym ślubie.
Poczułam się zdradzona. Zawsze wiedziałam, że Bartek jest „maminsynkiem”, ale miałam nadzieję, że w tym jednym dniu stanie po mojej stronie.
Przyjęcie weselne zaczęło się od toastów i pierwszego tańca. Starałam się uśmiechać, ale w środku wszystko we mnie krzyczało. Grażyna siedziała przy stole honorowym, rozmawiała głośno z ciotkami i co chwilę poprawiała swoją białą suknię. Goście patrzyli na nią z niedowierzaniem.
W pewnym momencie podeszła do mnie ciocia Jadzia.
– Kochanie, nie przejmuj się nią. Każdy widzi, co ona wyprawia. Ty jesteś tu najważniejsza.
Uśmiechnęłam się blado, ale czułam się coraz gorzej. Zaczęłam unikać wzroku gości, bałam się, że zaraz wybuchnę płaczem albo krzykiem.
Wtedy usłyszałam rozmowę Grażyny z moją mamą:
– No cóż, nie każda panna młoda potrafi wybrać odpowiednią suknię… – mówiła Grażyna z przekąsem.
– Przynajmniej nie muszę zwracać na siebie uwagi cudzym kosztem – odpowiedziała jej mama spokojnie.
Zrobiło mi się ciepło na sercu. Moja mama nigdy nie była wojowniczką, ale dziś stanęła za mną murem.
W pewnym momencie podszedł do mnie kuzyn Tomek.
– Słuchaj, mam pomysł – szepnął konspiracyjnie. – Zróbmy coś z tym! Nie możesz pozwolić jej wygrać.
Spojrzałam na niego pytająco.
– Wiesz co? Zorganizujmy konkurs na najładniejszą białą suknię wieczoru! Zaproś wszystkie kobiety w bieli na parkiet i daj im nagrodę – na przykład butelkę wódki albo voucher na masaż! Zobaczysz minę twojej teściowej!
Z początku pomysł wydał mi się absurdalny. Ale im dłużej o nim myślałam, tym bardziej mi się podobał. Jeśli nie mogę walczyć z Grażyną jej bronią, zrobię to po swojemu – z humorem i dystansem.
Podczas oczepin chwyciłam mikrofon:
– Kochani! Mam dla was niespodziankę! Ogłaszam konkurs na najpiękniejszą białą suknię wieczoru! Zapraszam wszystkie panie w bieli na parkiet!
Goście zaczęli się śmiać i klaskać. Na parkiet wyszły dwie dziewczynki w komunijnych sukienkach i… Grażyna. Stała pośrodku sali jak królowa śniegu, z miną pełną wyższości.
– Prosimy o brawa! – wołałam. – Teraz jury wybierze zwyciężczynię!
Jury – czyli moi znajomi – jednogłośnie wybrało jedną z dziewczynek. Wręczyłam jej nagrodę i uściskałam mocno.
Grażyna stała jak wryta. Jej mina była bezcenna – pierwszy raz widziałam ją tak upokorzoną. Goście wiwatowali i śmiali się serdecznie.
Po konkursie podeszła do mnie ciocia Jadzia:
– Brawo! Pokazałaś klasę. Nie daj się nigdy stłamsić!
Bartek podszedł do mnie później i powiedział cicho:
– Przepraszam… Nie wiedziałem, co robić.
– Może czas dorosnąć i przestać bać się własnej matki? – odpowiedziałam ostro.
Przez resztę wieczoru Grażyna siedziała cicho przy stole i unikała mojego wzroku. Ja za to poczułam się silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.
Dziś, po latach, wspominam ten dzień z mieszanką goryczy i dumy. Czy każda polska rodzina musi mieć swoją Grażynę? Czy naprawdę tak trudno jest postawić granice tym, którzy próbują odebrać nam radość? Ciekawa jestem waszych historii…