Na strychu znalazłam pudło po mamie. Listy, które zmieniły moją rodzinę na zawsze
— Co ty tam znowu robisz, Martyna? — głos taty odbił się echem od drewnianych belek strychu. Zignorowałam go, bo właśnie w tej chwili moje palce natrafiły na coś, co nie pasowało do reszty rupieci. Karton, przewiązany parcianym sznurkiem, z wyblakłym napisem: „Rachunki / zdjęcia / drobiazgi”. Serce zabiło mi szybciej. Ostatni raz widziałam ten charakter pisma, kiedy mama zostawiła mi kartkę na stole: „Wracam późno. Zupa w garnku.”
Ostrożnie położyłam pudło na podłodze i dmuchnęłam w kurz, który zatańczył w promieniach popołudniowego słońca. Sznurek był twardy, jakby bronił dostępu do tajemnic. Przecięłam go nożykiem do tapet i otworzyłam wieko. W środku leżały zeszyty z dzieciństwa mamy, wyblakłe fotografie, kilka znaczków — tata zbierał je z uporem dziecka — i plik kopert owiniętych w pergamin. Na pierwszej kopercie matka napisała: „Nie otwieraj, jeśli nie musisz”.
Przez chwilę siedziałam bez ruchu. W głowie kłębiły się pytania: Czego nie powinnam wiedzieć? Czego mama się bała? W końcu ciekawość wygrała. Rozwinęłam pergamin i wyciągnęłam pierwszą kopertę. List był datowany na 1987 rok. „Kochana Haniu” — zaczynał się drżącym pismem. Hania to imię mojej mamy. Ale podpis… „Twój brat, Marek”.
Brat? Przecież mama była jedynaczką! Tak zawsze mówiła babcia, tak powtarzała cała rodzina. Przeczytałam list jednym tchem:
„Kochana Haniu,
Wiem, że nie chcesz mnie znać. Ale musisz wiedzieć, że nie wszystko było tak, jak ci mówili. Mama nie miała wyboru. Ojciec… on nie był taki, jak myślałaś. Proszę, spotkaj się ze mną choć raz.”
Ręce mi drżały. Przewróciłam kolejne koperty — wszystkie od Marka, wszystkie pełne błagań o kontakt. Ostatni list był już bez odpowiedzi.
— Martyna! — Tata wszedł na strych, marszcząc brwi. — Co tam masz?
— Tato… — głos mi się załamał. — Czy mama miała brata?
Zbladł. Usiadł ciężko na skrzyni obok mnie.
— Skąd to masz?
— Z tego pudła. Dlaczego nikt mi nie powiedział?
Przez chwilę milczał. Potem westchnął głęboko.
— Twoja babcia… była dumna i uparta. Marek był synem dziadka z pierwszego małżeństwa. Nigdy go nie zaakceptowała. Twoja mama próbowała utrzymać kontakt, ale babcia jej zabroniła.
— Ale dlaczego? Przecież to rodzina!
Tata pokręcił głową.
— W tamtych czasach to był wstyd. Rozwód, dziecko z innego związku… Babcia bała się plotek.
Wstałam i zaczęłam chodzić po strychu.
— A mama? Ona też się wstydziła?
— Nie wiem. Może po prostu nie chciała rozdrapywać starych ran.
Zeszłam ze strychu z głową pełną myśli i sercem ciężkim jak kamień. Przez następne dni nie mogłam spać. Czytałam listy Marka raz za razem, próbując zrozumieć jego rozpacz i samotność. W jednym z listów napisał:
„Haniu, mam syna. Ma na imię Paweł. Chciałbym, żebyście się poznali.”
Paweł… Mój kuzyn? Czy on wie o mnie? Czy żyje gdzieś niedaleko?
Nie mogłam dłużej żyć w niewiedzy. Zaczęłam szukać Marka i Pawła w internecie, przeglądać stare książki telefoniczne, pytać sąsiadów babci. Po tygodniu znalazłam nekrolog: Marek Nowak, zmarł w 2003 roku. Pozostawił syna Pawła.
Zebrałam się na odwagę i napisałam do Pawła przez Facebooka:
„Cześć Paweł,
Nazywam się Martyna Kowalska. Myślę, że możemy być rodziną.”
Odpisał po dwóch dniach:
„Martyna? Słyszałem o Hani od taty… Nigdy jej nie poznałem.”
Spotkaliśmy się w kawiarni przy dworcu PKP w Katowicach. Paweł był wysoki, miał te same zielone oczy co moja mama.
— Nie wiem nawet, od czego zacząć — powiedziałam drżącym głosem.
Paweł uśmiechnął się smutno.
— Może od tego, że przez całe życie czułem się niechciany przez rodzinę ojca.
Opowiedziałam mu wszystko: o listach, o babci, o milczeniu mamy.
— Wiesz — powiedział Paweł — czasem myślę, że nasze rodziny są jak te stare domy: pełne zamkniętych drzwi i zapomnianych pokoi.
Wróciłam do domu z poczuciem ulgi i żalu jednocześnie. Żalu za straconymi latami, za milczeniem mamy, za tymi wszystkimi świętami przy stole, kiedy mogło nas być więcej.
Wieczorem usiadłam z tatą przy kuchennym stole.
— Tato… Myślisz, że mama żałowała?
Spojrzał na mnie łagodnie.
— Każdy coś żałuje, Martynko. Ale czasem trudno jest wybrać między lojalnością wobec rodziny a własnym sercem.
Patrzę na stare listy i myślę: ile jeszcze tajemnic kryją nasze domy? Czy lepiej je odkrywać czy pozwolić im spać pod warstwą kurzu? Może czasem warto rozciąć sznurek i zajrzeć do środka — nawet jeśli to boli.