Noc, która zmieniła wszystko: kiedy córka wraca do domu z tajemnicą
Było dobrze po północy, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Zerwałam się z łóżka z sercem bijącym jak oszalałe. Pomyślałam: coś się stało. Albo z wnuczką, albo z mężem córki – przecież nikt o tej porze nie przychodzi bez powodu. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam ją – moją Agnieszkę, w kurtce zarzuconej na piżamę, z rozmazanym makijażem, z walizką przy nodze. W rękach trzymała dziecięcy plecak i… misia Zosi.
– Mamo, mogę wejść? – Jej głos był cichy, drżący. Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu. Zosia spała wtulona w jej ramię, a ja poczułam, jak nogi się pode mną uginają.
– Oczywiście, chodźcie szybko – szepnęłam, robiąc miejsce w korytarzu. Zamknęłam drzwi i od razu poczułam ciężar tej nocy. Agnieszka postawiła walizkę pod ścianą i usiadła na ławce, nie puszczając Zosi.
– Co się stało? – spytałam, choć bałam się odpowiedzi.
– Nie mogłam już tam zostać – powiedziała cicho. – Tomek… on…
Zawahała się. Spojrzała na mnie oczami pełnymi łez.
– On podniósł na mnie rękę, mamo. Przy Zosi.
Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Przez chwilę nie mogłam złapać oddechu. Tomek? Ten sam Tomek, który zawsze był taki uprzejmy przy świątecznym stole? Ten, który przynosił mi kwiaty na imieniny?
– To pierwszy raz? – zapytałam ostrożnie.
Agnieszka pokręciła głową.
– Nie. Ale pierwszy raz przy niej. Wcześniej… myślałam, że to moja wina. Że może za dużo wymagam, za bardzo się czepiam… Ale kiedy zobaczyłam strach w oczach Zosi… Nie mogłam już dłużej udawać.
Usiadłam obok niej i objęłam ramieniem. Czułam jej drżenie. Czułam własny gniew i bezsilność.
– Dobrze zrobiłaś, że przyszłaś – powiedziałam stanowczo. – Jesteście tu bezpieczne.
Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy, słuchając spokojnego oddechu Zosi. Próbowałam uporządkować myśli. Przypomniały mi się własne młode lata, kiedy sama bałam się odejść od ojca Agnieszki. Ile razy tłumaczyłam sobie jego wybuchy nerwów? Ile razy mówiłam: dla dziecka trzeba wytrzymać?
Agnieszka spojrzała na mnie błagalnie.
– Mamo… co ja mam teraz zrobić? Przecież on mnie znajdzie. Przecież nie mam dokąd pójść…
– Masz mnie – odpowiedziałam natychmiast. – I masz siebie. I masz Zosię. To najważniejsze.
Wstałam i nalałam nam herbaty. Ręce mi się trzęsły. Przypomniałam sobie wszystkie te rozmowy z koleżankami z pracy o „tych kobietach”, które wracają do oprawców. Nigdy nie sądziłam, że to spotka moją córkę.
– Mamo… a jeśli on przyjdzie tutaj? – Agnieszka ściszyła głos do szeptu.
– Nie wpuszczę go – powiedziałam twardo. – Zadzwonię na policję, jeśli trzeba.
Zosia przebudziła się i spojrzała na mnie nieprzytomnym wzrokiem.
– Babciu… gdzie jesteśmy?
– U babci kochanie, śpij dalej – pogłaskałam ją po głowie.
Agnieszka zaczęła płakać cicho, niemal bezgłośnie. Usiadłyśmy razem na kanapie w kuchni, popijając herbatę i patrząc na siebie przez łzy.
– Myślisz, że jestem słaba? Że powinnam była wcześniej odejść? – zapytała nagle Agnieszka.
– Nie jesteś słaba – odpowiedziałam stanowczo. – Jesteś silna, bo miałaś odwagę odejść właśnie teraz. Dla siebie i dla Zosi.
Przez resztę nocy nie spałyśmy prawie wcale. Rozmawiałyśmy szeptem o wszystkim: o tym, jak długo to trwało; o tym, jak bardzo Agnieszka bała się przyznać nawet przed sobą; o tym, jak bardzo chciałaby wierzyć, że Tomek się zmieni.
Rano zadzwonił telefon. To był on. Agnieszka spojrzała na ekran i zbladła.
– Nie odbieraj – powiedziałam cicho.
Telefon dzwonił długo i natarczywie. Potem przyszły wiadomości: „Wróć do domu”, „Musimy porozmawiać”, „Nie rób scen”.
Agnieszka siedziała skulona przy stole, trzymając Zosię za rękę.
– Mamo… co teraz? Przecież on nie odpuści…
– Teraz zadzwonimy do prawnika – powiedziałam zdecydowanie. – I do psychologa dla was obu. Nie jesteście same.
Przez kolejne dni żyłyśmy jak w zawieszeniu. Agnieszka bała się wychodzić z domu. Ja bałam się zostawiać je same nawet na chwilę. Każdy dźwięk na klatce schodowej sprawiał, że serce podchodziło mi do gardła.
W końcu przyszedł list polecony – wezwanie do mediacji rodzinnej. Tomek chciał walczyć o „normalność” dla dziecka. Agnieszka była roztrzęsiona.
– On chce mi zabrać Zosię! – krzyknęła rozpaczliwie.
Objęłam ją mocno.
– Nie pozwolimy na to – obiecałam sobie w duchu, choć sama nie byłam pewna niczego.
Rozprawa sądowa była najgorszym dniem w moim życiu. Siedziałam na korytarzu sądu obok Agnieszki i Zosi, słuchając jak Tomek opowiada o „histerycznej żonie” i „nadopiekuńczej teściowej”. Patrzyłam na sędziego i modliłam się w duchu o sprawiedliwość.
Po wszystkim wróciłyśmy do domu wyczerpane i puste w środku. Agnieszka płakała przez całą noc.
Minęło kilka miesięcy zanim zaczęłyśmy oddychać spokojniej. Agnieszka znalazła pracę w pobliskiej szkole jako nauczycielka angielskiego. Zosia zaczęła chodzić do przedszkola i powoli odzyskiwała radość życia.
Czasem jednak budzę się w środku nocy i myślę: czy zrobiłyśmy wszystko dobrze? Czy mogłam ją ochronić wcześniej? Czy naprawdę można uciec od przeszłości?
Patrzę na moją córkę i wnuczkę i wiem jedno: nigdy nie jest za późno, żeby zacząć od nowa. Ale czy każda kobieta ma tyle odwagi? Czy każda matka potrafi stanąć po stronie córki nawet wtedy, gdy świat mówi: „To wasza sprawa”?