Poświęciliśmy wszystko na remont domu teściowej. Ona oddała go drugiemu synowi. Czy rodzina naprawdę znaczy tyle, ile myślałam?

— To nie może być prawda, Pawle. Powiedz, że to jakiś żart — wyszeptałam, patrząc na męża, który stał przy kuchennym stole z twarzą bladą jak ściana. W jego oczach widziałam to samo niedowierzanie, które ściskało mi gardło. Za oknem padał deszcz, krople bębniły o parapet, jakby chciały zagłuszyć ciszę, która zapadła między nami.

Wszystko zaczęło się trzy lata temu. Mieliśmy wtedy z Pawłem niewiele — dwójkę dzieci, kredyt na samochód i marzenie o własnym kącie. Kiedy mama Pawła, pani Zofia, zaproponowała nam zamieszkanie w jej starym domu pod Warszawą, poczułam ulgę. Dom wymagał generalnego remontu, ale był nasz — tak nam powiedziano. „Jak wyremontujecie, to będziecie tu mieszkać do końca życia,” powtarzała teściowa. Wierzyliśmy jej. Paweł był jej ukochanym synem, a ja starałam się być dobrą synową.

Zaczęliśmy od kuchni. Każda sobota i niedziela przez dwa lata wyglądała tak samo: dzieci u babci, my z Pawłem w roboczych ubraniach, z narzędziami w rękach. Zdzieraliśmy stare tapety, kładliśmy nowe podłogi, wymienialiśmy instalację elektryczną. Pamiętam, jak Paweł wracał z pracy po dziesięciu godzinach i jeszcze przez trzy wieczory w tygodniu malował ściany. Ja szukałam promocji na płytki i farby, liczyłam każdy grosz.

— Mamo, zobacz jak pięknie wyszło! — mówiłam do pani Zofii po skończonym remoncie łazienki. Uśmiechała się wtedy szeroko i głaskała mnie po ramieniu. — Dobra z ciebie dziewczyna, Aniu.

Wierzyłam jej słowom. Wierzyłam w rodzinę.

Aż do tego dnia.

Telefon zadzwonił w środę rano. To była teściowa.

— Aniu, musimy porozmawiać — powiedziała chłodno. — Przyjedźcie dziś wieczorem.

Czułam niepokój przez cały dzień. Paweł próbował mnie uspokoić: „Na pewno chodzi o coś błahego.” Ale kiedy weszliśmy do salonu pani Zofii, zobaczyłam tam także Marka — młodszego brata Pawła. Siedział rozparty w fotelu, z uśmieszkiem na twarzy.

— Postanowiłam przepisać dom na Marka — oznajmiła teściowa bez zbędnych wstępów. — On bardziej go potrzebuje. Wy macie pracę w mieście, dzieci chodzą do szkoły w Warszawie… To dla was będzie wygodniejsze wynająć coś bliżej.

Poczułam, jakby ktoś wylał mi na głowę wiadro lodowatej wody.

— Ale… Mamo! — Paweł próbował protestować. — Przecież obiecałaś…

— Niczego nie obiecywałam na piśmie — przerwała mu ostro. — Marek jest moim synem tak samo jak ty.

Nie pamiętam dokładnie, co działo się potem. Pamiętam tylko łzy Pawła i własną niemoc. Przez kolejne dni chodziliśmy po domu jak cienie. Dzieci pytały: „Mamo, dlaczego jesteś smutna?” Nie umiałam im odpowiedzieć.

Próbowaliśmy rozmawiać z teściową jeszcze raz. Prosiłam ją: „Pani Zofio, przecież my wszystko tu zrobiliśmy od nowa! Włożyliśmy oszczędności życia!” Odpowiedziała tylko: „To był wasz wybór.” Marek patrzył na nas z satysfakcją.

W rodzinie Pawła zawsze był faworytem. Młodszy, mniej odpowiedzialny, wiecznie w tarapatach finansowych. Teściowa tłumaczyła jego długi i niepowodzenia: „On ma trudniej.” My byliśmy ci „zaradni”, więc mogliśmy sobie poradzić sami.

Zaczęły się kłótnie między mną a Pawłem. On czuł się zdradzony przez matkę i brata; ja miałam żal do niego, że nie zadbał o nasze interesy wcześniej. „Trzeba było spisać umowę!” krzyczałam przez łzy. „Nie sądziłem, że własna matka może tak zrobić,” odpowiadał cicho.

Musieliśmy podjąć decyzję: zostać i mieszkać pod jednym dachem z Markiem czy odejść z niczym? Wybraliśmy to drugie. Wynajęliśmy małe mieszkanie na obrzeżach miasta. Dzieci musiały zmienić szkołę; ja zmieniłam pracę na gorzej płatną, bo dojazdy były za długie.

Przez wiele miesięcy nie rozmawialiśmy z teściową ani Markiem. Święta spędzaliśmy sami; dzieci pytały o babcię i wujka. Nie umiałam im wyjaśnić tej niesprawiedliwości bez łez w oczach.

Czasem budzę się w nocy i pytam samą siebie: czy naprawdę warto było poświęcać wszystko dla rodziny? Czy lojalność wobec bliskich zawsze musi kończyć się bólem? Patrzę na Pawła — on też się zmienił; jest bardziej zamknięty w sobie, mniej ufa ludziom.

Ostatnio spotkałam panią Zofię przypadkiem w sklepie. Uciekła wzrokiem; udawała, że mnie nie widzi. Poczułam wtedy pustkę większą niż kiedykolwiek wcześniej.

Czy rodzina naprawdę znaczy tyle, ile myślałam? Czy można jeszcze zaufać komuś bezwarunkowo po takim doświadczeniu? Może ktoś z was miał podobnie?