Serce matki rozdarte: Walka o Valentinę i prawdę, która boli
— Mamo! — krzyk Valetiny przeszył ciszę jak nóż. Stałam pod drzwiami mieszkania mojego byłego męża, Andrzeja, z sercem bijącym jak oszalałe. To miał być zwykły weekend u ojca, a ja miałam w końcu odpocząć po tygodniu pełnym pracy i niekończących się obowiązków. Ale kiedy usłyszałam ten krzyk, wszystko inne przestało mieć znaczenie.
Wbiegłam na klatkę schodową, nie czując nóg. Drzwi były zamknięte. Uderzałam pięścią, wołając: — Andrzej! Otwórz natychmiast! Co się tam dzieje?!
Zanim zdążyłam zadzwonić po policję, drzwi się otworzyły. Andrzej stał w progu, blady, z roztrzęsioną Valentiną za sobą. Jej policzek był czerwony, a oczy pełne łez.
— Co się stało? — wrzasnęłam, próbując ją objąć.
— To nic takiego — burknął Andrzej. — Przewróciła się.
Ale Valentina wtuliła się we mnie i szepnęła: — On mnie uderzył…
W tej chwili świat się zatrzymał. Wszystko, co znałam, rozpadło się na kawałki. Przecież Andrzej nigdy nie był agresywny wobec niej… czy może po prostu nie chciałam tego widzieć?
Zabrałam Valentinę do domu. Całą noc siedziałam przy jej łóżku, głaszcząc ją po włosach. Nie spałam ani minuty. W głowie kłębiły mi się pytania: Czy to pierwszy raz? Czy ja coś przeoczyłam? Czy zawiodłam jako matka?
Następnego dnia zadzwoniłam do mojej mamy. — Mamo, co mam robić? — zapytałam przez łzy.
— Musisz walczyć o Valentinę — odpowiedziała stanowczo. — Nie pozwól mu jej skrzywdzić.
Ale walka z Andrzejem to nie była prosta sprawa. Był szanowanym nauczycielem w lokalnej szkole, miał znajomości i opinię „dobrego ojca”. Kiedy zgłosiłam sprawę na policję, spojrzeli na mnie z niedowierzaniem.
— Ma pani jakieś dowody? — zapytał funkcjonariusz.
— Moja córka powiedziała mi wprost…
— Dzieci czasem przesadzają…
Poczułam się bezsilna. Nawet moja siostra, Agata, spojrzała na mnie z powątpiewaniem:
— Nora, może Valentina była niegrzeczna? Andrzej nigdy nie był agresywny…
— Nawet jeśli! — wybuchłam. — Nikt nie ma prawa podnieść ręki na dziecko!
Przez kolejne tygodnie Valentina była cicha, zamknięta w sobie. Bała się zostawać sama w pokoju. W nocy budziła się z krzykiem. Zaczęłam chodzić z nią do psychologa dziecięcego.
— Pani córka przeżyła coś traumatycznego — powiedziała psycholożka po kilku spotkaniach. — Potrzebuje pani wsparcia i poczucia bezpieczeństwa.
Ale Andrzej nie odpuszczał. Zaczął grozić mi sądem o ograniczenie praw rodzicielskich.
— Chcesz mi zabrać dziecko? — krzyczał przez telefon. — Zniszczysz jej życie!
— To ty je niszczysz! — odpowiedziałam drżącym głosem.
W pracy zaczęły się plotki. Ktoś widział mnie na komisariacie, ktoś inny słyszał o „problemach wychowawczych”. Szefowa wezwała mnie na rozmowę:
— Nora, czy wszystko w porządku? Twoja wydajność spadła…
Jak miałam jej powiedzieć, że każda minuta bez Valetiny to dla mnie koszmar? Że boję się zostawić ją nawet na chwilę?
W końcu przyszło wezwanie do sądu rodzinnego. Siedziałam na korytarzu z Valentiną przytuloną do boku. Andrzej przyszedł z adwokatem i uśmiechał się ironicznie.
— Zobaczysz, odbiorą ci ją — syknął mi do ucha.
W sądzie musiałam opowiadać o wszystkim: o krzyku Valetiny, o jej łzach, o moich podejrzeniach. Andrzej zaprzeczał wszystkiemu:
— To zemsta mojej byłej żony! Chce mnie zniszczyć!
Sędzia patrzył na nas z powagą. Zdecydował o badaniach psychologicznych całej rodziny i czasowym zakazie kontaktu Andrzeja z Valentiną.
To był pierwszy krok do odzyskania spokoju… ale też początek długiej walki. Musiałam udowodnić prawdę w świecie, gdzie często bardziej wierzy się dorosłym niż dzieciom. Każdego dnia patrzyłam na Valentinę i obiecywałam sobie: nie pozwolę już nikomu cię skrzywdzić.
Czasem zastanawiam się: ile matek musi przejść przez piekło, zanim ktoś im uwierzy? Ile dzieci cierpi w ciszy, bo dorośli wolą zamykać oczy?
Czy naprawdę musimy walczyć tak zaciekle o to, co powinno być oczywiste – bezpieczeństwo naszych dzieci?