„Spakuj się i zamieszkaj z nami!” – czyli jak moja teściowa zrujnowała nasze małżeństwo po narodzinach dziecka

– Spakuj się i zamieszkaj z nami! – usłyszałam w słuchawce głos mojej teściowej, zanim jeszcze zdążyłam odpowiedzieć na pytanie, jak się czuję po porodzie. Byłam wtedy w szpitalu, trzymałam w ramionach mojego nowo narodzonego synka, a łzy mieszały się ze zmęczeniem i niepokojem. Mój mąż, Tomek, stał obok, niepewnie patrząc na mnie i na telefon, jakby nie wiedział, po której stronie powinien stanąć.

Od początku wiedziałam, że relacja z jego matką nie będzie łatwa. Pani Halina była kobietą silną, apodyktyczną, przyzwyczajoną do tego, że wszystko musi być po jej myśli. Kiedyś nawet żartowała, że „synowa to taka córka, tylko że nieposłuszna”. Wtedy się śmiałam, dziś wiem, że to nie był żart.

Po powrocie do domu nie miałam nawet czasu nacieszyć się ciszą. Dwa dni później Halina przyjechała z walizką i torbą pełną słoików. – Teraz będę wam pomagać – oznajmiła, rozglądając się po naszym mieszkaniu z miną inspektora sanitarnego. – Z takim bałaganem dziecko nie może dorastać! – dodała, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Tomek tylko wzruszył ramionami i poszedł do pracy, zostawiając mnie samą z noworodkiem i teściową, która już zaczęła przestawiać meble w salonie.

Na początku próbowałam być wdzięczna. W końcu każda pomoc się przyda, prawda? Ale szybko okazało się, że Halina nie zamierza pomagać – ona zamierza rządzić. – Nie tak się przewija dziecko! – krzyczała, kiedy próbowałam zmienić pieluchę. – Karmiłaś go już? Pewnie znowu nie masz pokarmu, bo za mało jesz! – komentowała, zaglądając mi do talerza. Czułam się jak dziecko, które nie potrafi niczego zrobić dobrze.

Najgorsze były wieczory. Kiedy Tomek wracał z pracy, Halina siadała z nim w kuchni i opowiadała, jak bardzo się poświęca, jak bardzo jest zmęczona i jak bardzo ja sobie nie radzę. – Ona nie śpi w nocy, dziecko płacze, a ja muszę wszystko ogarniać – mówiła, a Tomek kiwał głową, nawet nie patrząc na mnie. Próbowałam z nim rozmawiać, tłumaczyć, że potrzebuję wsparcia, że czuję się osaczona, ale on tylko wzdychał: – Mama chce dobrze. Przesadzasz.

Z każdym dniem czułam się coraz bardziej samotna. Moja własna matka mieszkała daleko, nie mogła przyjechać, a przyjaciółki miały swoje życie. Zaczęłam zamykać się w sobie, coraz rzadziej wychodziłam z domu, bo Halina zawsze miała coś do powiedzenia: – Znowu na spacer? A kto posprząta? – pytała z wyrzutem. Nawet kiedy próbowałam odpocząć, słyszałam zza drzwi jej szepty do Tomka: – Ona jest leniwa, nie nadaje się na matkę.

Pewnego dnia, kiedy próbowałam nakarmić synka, Halina weszła do pokoju bez pukania. – Daj mi go, ty nie umiesz! – wyciągnęła ręce, a ja poczułam, jak coś we mnie pęka. – To moje dziecko! – krzyknęłam, pierwszy raz od miesięcy podnosząc głos. Halina spojrzała na mnie z pogardą. – Twoje? Gdyby nie ja, to byś sobie nie poradziła! – rzuciła i wyszła, trzaskając drzwiami.

Tego wieczoru próbowałam porozmawiać z Tomkiem. – Musisz coś zrobić – powiedziałam, łamiącym się głosem. – Nie mogę tak żyć. Albo ona się wyprowadza, albo ja. Spojrzał na mnie z wyrzutem, jakbym była niewdzięczna. – Przesadzasz. Mama chce dobrze. Przecież pomaga. – Pomaga? – zapytałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. – Ona mnie niszczy. Nie widzisz tego? – Tomek tylko wzruszył ramionami i wyszedł z pokoju.

Następnego dnia Halina zaczęła pakować moje rzeczy. – Skoro ci tu tak źle, to może powinnaś wrócić do swojej matki – powiedziała, patrząc mi prosto w oczy. – Tomek i ja sobie poradzimy. Stałam w progu, trzymając synka na rękach, i nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Zadzwoniłam do mamy, płacząc. – Przyjedź, proszę – wyszeptałam. – Nie dam już rady.

Moja mama przyjechała po mnie po dwóch dniach. W tym czasie Halina nie odzywała się do mnie ani słowem, a Tomek unikał wzroku. Kiedy wychodziłam z mieszkania, nikt mnie nie zatrzymał. Nawet nie usłyszałam „do widzenia”.

Zamieszkałam z mamą, próbując poskładać się na nowo. Tomek dzwonił rzadko, zawsze w pośpiechu, jakby bał się, że Halina usłyszy. – Może wrócisz? – pytał czasem, ale nigdy nie mówił, że coś się zmieni. Po kilku miesiącach przestał dzwonić w ogóle. Złożył pozew o rozwód. W sądzie powiedział, że byłam niestabilna emocjonalnie i nie radziłam sobie z macierzyństwem. Halina była świadkiem. Zeznawała, że „uratowała wnuka przed nieodpowiedzialną matką”.

Dziś mieszkam sama z synkiem. Każdego dnia walczę o to, żeby nie czuć się przegraną. Czasem zastanawiam się, czy mogłam zrobić coś inaczej. Czy powinnam była być bardziej stanowcza? Czy Tomek kiedykolwiek naprawdę mnie kochał, czy zawsze był tylko synkiem swojej mamy? Czy można było uratować nasze małżeństwo, gdybyśmy potrafili postawić granice?

Czasem patrzę na mojego synka i myślę: czy kiedyś będę musiała walczyć o niego z kimś, kto będzie chciał zawładnąć jego życiem? Czy uda mi się wychować go na mężczyznę, który będzie potrafił kochać i szanować swoją rodzinę? Może to wszystko było po coś – żeby nauczyć się walczyć o siebie. Ale czy kiedykolwiek odzyskam spokój? Czy można jeszcze zaufać komuś po takim doświadczeniu?