Sprzedana za długi: Moje życie nie należało do mnie – a jednak odważyłam się je odzyskać

– Nie mamy już wyjścia, Zosiu. On zapłaci za nią wszystkie nasze długi… – głos ojca drżał, jakby każde słowo ważyło tonę.

Leżałam skulona pod cienką kołdrą, udając, że śpię. Słowa rodziców wbijały się we mnie jak szpile. „Za nią” – czyli za mnie. Miałam wtedy siedemnaście lat i pierwszy raz poczułam, że moje życie nie należy do mnie.

Mama płakała cicho. – Ale ona jest jeszcze dzieckiem…

– Nie mamy wyboru. Janusz powiedział, że jeśli się nie zgodzimy, zabierze nam dom. – Ojciec mówił twardo, ale słyszałam w jego głosie rozpacz.

Janusz był naszym sąsiadem. Czterdzieści lat, własna firma budowlana, dom z czerwonej cegły na końcu wsi. Zawsze patrzył na mnie dziwnie, kiedy przechodziłam z wiadrem po wodę. Czułam się wtedy brudna i mała.

Następnego dnia mama przyszła do mnie z herbatą. Usiadła na łóżku i przez chwilę milczała.

– Marysiu… – zaczęła cicho. – Musisz być dzielna. Dla nas wszystkich.

Nie odpowiedziałam. Wpatrywałam się w jej spracowane dłonie, popękane od pracy w polu. Wiedziałam już wszystko.

Ślub odbył się tydzień później, w małym kościele na wzgórzu. Było zimno, a ja miałam na sobie sukienkę po kuzynce. Janusz trzymał mnie za rękę tak mocno, że bolało. Wszyscy patrzyli na nas z litością albo zazdrością – bo przecież „Marysia dobrze trafiła”.

Wesele było skromne. Ojciec pił wódkę z Januszem, a mama płakała w kącie. Ja siedziałam przy stole i patrzyłam na swoje dłonie, próbując nie myśleć o tym, co będzie dalej.

Noc po ślubie była najgorsza w moim życiu. Janusz zamknął drzwi na klucz i podszedł do mnie powoli.

– Teraz jesteś moja – powiedział cicho, a ja poczułam lodowaty strach.

Nie pamiętam wszystkiego. Pamiętam tylko ból i wstyd. Rano leżałam skulona na łóżku, a on już szykował się do pracy.

– Śniadanie masz w kuchni – rzucił przez ramię i wyszedł.

Przez kolejne tygodnie żyłam jak cień. Sprzątałam, gotowałam, prałam jego ubrania. Każdego wieczoru bałam się powrotu Janusza do domu. Czasem był spokojny, czasem wybuchał gniewem bez powodu. Raz rzucił talerzem o ścianę, bo zupa była za słona.

Nie miałam nikogo. Rodzice bali się przyjeżdżać, a sąsiedzi udawali, że nic nie widzą. Czułam się jak niewolnica we własnym domu.

Któregoś dnia znalazłam w szufladzie list od mamy. „Marysiu, wybacz nam. Nie mieliśmy wyboru. Modlę się za ciebie każdego dnia.” Płakałam długo, aż zabrakło mi łez.

Pewnej nocy Janusz wrócił pijany bardziej niż zwykle. Krzyczał na mnie, wyzywał od darmozjadów. W końcu uderzył mnie w twarz tak mocno, że upadłam na podłogę.

Coś we mnie pękło.

Leżałam na zimnych kafelkach i myślałam o tym, że jeśli teraz nie zrobię nic, już nigdy nie będę wolna. Przypomniały mi się słowa babci: „Człowiek jest wart tyle, ile ma odwagi”.

Wstałam powoli i spojrzałam Januszowi prosto w oczy.

– Dość – powiedziałam cicho, ale stanowczo.

Zaśmiał się tylko i poszedł spać.

Następnego dnia spakowałam kilka rzeczy do torby i wyszłam z domu o świcie. Bałam się każdego kroku, ale wiedziałam, że nie mogę wrócić do rodziców – bali się Janusza bardziej niż ja.

Pojechałam do miasta pociągiem towarowym. Przez kilka dni spałam na dworcu, aż znalazła mnie pani Halina – starsza kobieta z Caritasu.

– Dziecko, co ty tu robisz sama? – zapytała troskliwie.

Opowiedziałam jej wszystko. Nie mogła uwierzyć.

– Musisz zgłosić to na policję! – powiedziała stanowczo.

Bałam się jak nigdy wcześniej, ale poszłam z nią na komisariat. Policjant spisał zeznania i obiecał pomóc. Pani Halina zabrała mnie do schroniska dla kobiet.

Tam poznałam inne dziewczyny – każda miała swoją historię. Zaczęłyśmy rozmawiać wieczorami przy herbacie. Poczułam pierwszy raz od dawna, że nie jestem sama.

Znalazłam pracę w piekarni. Wstawałam o czwartej rano i wracałam zmęczona, ale szczęśliwa – bo nikt nie krzyczał na mnie ani nie bił.

Po kilku miesiącach dostałam pokój w domu samotnej matki. Zaczęłam chodzić na terapię i uczyć się żyć od nowa.

Janusz próbował mnie znaleźć. Przychodziły listy z pogróżkami, ale policja go ostrzegła. Rodzice bali się odezwać – wiedziałam tylko od sąsiadki, że ojciec ciężko zachorował ze zgryzoty.

Po roku odwiedziłam mamę w szpitalu. Była blada i zmęczona.

– Marysiu… Przepraszam cię za wszystko – wyszeptała przez łzy.

Nie potrafiłam jej nienawidzić. Przytuliłyśmy się długo i płakałyśmy razem.

Dziś mam dwadzieścia dwa lata i własne życie. Wynajmuję kawalerkę w Warszawie, pracuję jako cukiernik i studiuję zaocznie psychologię. Czasem budzę się w nocy z krzykiem, ale już nie boję się przyszłości.

Wiem jedno: nikt nigdy więcej nie będzie decydował za mnie.

Czy można wybaczyć rodzicom taką zdradę? Czy można naprawdę zacząć od nowa po tym wszystkim? Może ktoś z was zna odpowiedź…