„Syn chce się do nas wprowadzić z rodziną. Czy naprawdę nie mamy nic do powiedzenia?” – Moja walka o własny dom i godność
Od kilku dni nie mogę spać. Leżę w łóżku, wpatruję się w sufit i słyszę tylko tykanie zegara. W głowie wciąż powtarzam sobie słowa Pawła: „Mamo, musimy się u was zatrzymać na jakiś czas. Nie mamy wyjścia.” Zawsze byłam dla niego wsparciem, zawsze starałam się być dobrą matką, ale teraz czuję się, jakby ktoś wyrwał mi spod nóg grunt.
Wczoraj wieczorem, kiedy siedzieliśmy z Andrzejem przy stole, próbowałam jeszcze raz poruszyć ten temat. „Andrzej, czy ty naprawdę uważasz, że to dobry pomysł? Przecież my też mamy prawo do spokoju. Całe życie pracowaliśmy na ten dom.” On tylko westchnął i spojrzał na mnie tym swoim zmęczonym wzrokiem. „Zosia, to nasz syn. Nie możemy go zostawić na lodzie. Przecież to tylko na chwilę.”
Ale ja wiem, jak wyglądają te „chwile”. Pamiętam, jak Paweł po studiach wrócił na kilka miesięcy i został prawie dwa lata. Teraz ma żonę, dwójkę dzieci – Hanię i Maćka – i już widzę oczami wyobraźni, jak nasz dom zamienia się w plac zabaw, a ja staję się niewidzialna.
Dzisiaj rano zadzwoniła do mnie Basia, moja przyjaciółka. „Zosiu, musisz postawić granice! To twój dom!” – mówiła stanowczo. Ale jak mam to zrobić? Jak powiedzieć własnemu dziecku: „Nie chcę cię tutaj”? Przecież to nie tak… Ja po prostu chcę mieć trochę przestrzeni dla siebie. Chcę spokojnie wypić kawę w kuchni, nie potykać się o zabawki i nie słuchać wiecznego hałasu.
Paweł zadzwonił dziś po południu. „Mamo, rozmawiałaś już z tatą? Bo my już zaczęliśmy pakować rzeczy.” W jego głosie słyszałam ulgę, jakby już wszystko było ustalone. „Paweł… a może spróbujecie jeszcze poszukać czegoś na wynajem?” – zaproponowałam nieśmiało. „Mamo, przecież wiesz, jakie są ceny! Zresztą to tylko na chwilę. Dzieci się cieszą, że będą z dziadkami.”
Zamknęłam oczy i poczułam łzy pod powiekami. Czy naprawdę nikt nie widzi, że ja też mam uczucia? Że jestem zmęczona? Że chciałam po tylu latach pracy mieć trochę spokoju?
Wieczorem Andrzej przyniósł mi herbatę i usiadł obok na kanapie. „Zosiu, wiem, że ci ciężko. Ale Paweł ma teraz trudny czas. Stracił pracę, a Ania jest na urlopie macierzyńskim. Nie mają za co żyć.”
„A my mamy?” – wybuchłam nagle. „My mamy siłę i miejsce dla wszystkich? A co z naszym życiem? Z naszymi planami?”
Andrzej milczał przez dłuższą chwilę. „Może masz rację… Ale nie potrafię mu odmówić.”
W nocy długo przewracałam się z boku na bok. Przypominałam sobie wszystkie te lata, kiedy dom był pełen ludzi – święta, urodziny, rodzinne obiady. Było gwarno, ale wtedy czułam się potrzebna. Teraz czuję się… wykorzystana?
Następnego dnia Paweł przyjechał z Anią i dziećmi obejrzeć pokoje. Hania od razu pobiegła do salonu i zaczęła rozrzucać klocki po całej podłodze. Ania uśmiechała się przepraszająco: „Przepraszam, Zosiu, ona jest taka podekscytowana.”
Starałam się być uprzejma, ale w środku gotowało się we mnie. Paweł zaczął już planować: „Tu postawimy łóżeczko dla Maćka, a tu może biurko dla Hani…”
Patrzyłam na Andrzeja – on tylko kiwał głową i powtarzał: „Tak, tak, damy radę.”
Wieczorem zadzwoniła Basia: „I co? Powiedziałaś im?”
„Nie umiem…” – wyszeptałam do słuchawki.
„Zosiu, jeśli teraz nie postawisz granic, potem będzie tylko trudniej.”
Położyłam się spać z ciężkim sercem. Nad ranem obudziły mnie głosy Pawła i Andrzeja w kuchni.
„Tato, mama chyba nie jest zadowolona…”
„Daj jej czas. Ona zawsze potrzebuje czasu.”
Weszłam do kuchni i spojrzałam na syna. Był taki dorosły, a jednocześnie wciąż widziałam w nim tego małego chłopca z rozbitym kolanem.
„Paweł… musimy porozmawiać.”
Usiedliśmy przy stole. Andrzej wyszedł do ogrodu.
„Synku… ja cię kocham i zawsze będziesz mógł liczyć na moją pomoc. Ale musisz zrozumieć… Ja też mam swoje potrzeby. Chciałam mieć trochę spokoju na stare lata. Chciałam mieć dom dla siebie i taty…”
Paweł spuścił wzrok.
„Mamo… ja nie chcę ci robić krzywdy. Po prostu… jesteśmy w trudnej sytuacji.”
„Wiem… Ale czy naprawdę nie możecie spróbować znaleźć czegoś innego? Może ktoś z waszych znajomych ma wolne mieszkanie? Albo chociaż wynająć coś na kilka miesięcy?”
Paweł milczał długo.
„Porozmawiam z Anią…” – powiedział cicho.
Wieczorem przyszła Ania.
„Zosiu… przepraszam cię za zamieszanie. My naprawdę nie chcemy być ciężarem. Może faktycznie spróbujemy jeszcze czegoś poszukać…”
Poczułam ulgę i jednocześnie wyrzuty sumienia. Czy jestem złą matką? Czy mam prawo walczyć o własny dom?
Minął tydzień. Paweł z Anią znaleźli małe mieszkanie do wynajęcia od znajomego Ani z pracy. Przyjechali podziękować nam za wsparcie.
Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, usiadłam na kanapie i długo patrzyłam przez okno na ogród.
Czy naprawdę nasze potrzeby przestają się liczyć tylko dlatego, że jesteśmy rodzicami? Czy mamy prawo walczyć o własną przestrzeń i spokój? A może to egoizm?
Czasem zastanawiam się: czy można być dobrą matką i jednocześnie zadbać o siebie? Co wy byście zrobili na moim miejscu?