Wszyscy myśleli, że jestem szczęśliwa: Prawda, której nikt nie chciał usłyszeć
— Znowu się uśmiechasz, Haniu. Ty to zawsze potrafisz rozładować napięcie — powiedziała moja teściowa, kiedy podczas rodzinnego obiadu żartowałam z dzieciakami. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a ja poczułam znajome ukłucie w sercu. To był ten moment, kiedy po raz kolejny założyłam maskę szczęścia. Bo przecież wszyscy myśleli, że jestem szczęśliwa.
Mam na imię Hanna. Mam 54 lata, dwoje dorosłych dzieci, wnuczkę i dom na obrzeżach Krakowa. Mój mąż, Andrzej, jest szanowanym nauczycielem matematyki. Zawsze słyszałam od znajomych: „Hania, ty to masz życie jak z obrazka! Spokojny dom, kochająca rodzina, zero problemów”. Nawet moja siostra Basia powtarzała: „Podziwiam cię, bo ty zawsze potrafisz być silna”. Przez lata sama w to wierzyłam. Wierzyłam, że moją rolą jest być tą silną, pogodną osobą, która wszystko ogarnia i nigdy się nie poddaje.
Ale prawda była inna. Każdego wieczoru, kiedy zamykałam drzwi sypialni i zostawałam sama ze sobą, czułam ciężar na piersi. Taki, którego nie da się opisać słowami. Czasem miałam wrażenie, że zaraz się uduszę. Zazdrościłam ludziom, którzy potrafili płakać otwarcie. Ja nie mogłam — przecież byłam tą „silną Hanią”.
Zaczęło się niewinnie. Andrzej coraz częściej wracał do domu zmęczony i milczący. Przestaliśmy rozmawiać o czymś innym niż rachunki i sprawy dzieci. Kiedy próbowałam zacząć rozmowę o nas, machał ręką: „Daj spokój, Haniu. Wszystko jest dobrze”. Ale ja wiedziałam, że nie jest. Czułam się coraz bardziej samotna w naszym wspólnym domu.
Pewnego wieczoru usiadłam przy kuchennym stole z kubkiem herbaty i patrzyłam przez okno na ciemniejące niebo. Wtedy zadzwoniła Basia.
— Hania, co tam u ciebie? — zapytała radośnie.
— Wszystko w porządku — odpowiedziałam automatycznie.
— Ty zawsze tak mówisz — westchnęła. — Ale wiesz co? Czasem mam wrażenie, że coś przed nami ukrywasz.
Zamilkłam na chwilę. Chciałam jej powiedzieć prawdę. Chciałam wykrzyczeć: „Nie radzę sobie! Czuję się niewidzialna! Potrzebuję pomocy!”. Ale zamiast tego znów się uśmiechnęłam i rzuciłam żartem: — No co ty, Basiu! U mnie zawsze wszystko gra.
Po rozmowie długo siedziałam w ciszy. Zastanawiałam się, kiedy ostatni raz ktoś zapytał mnie szczerze o moje uczucia. Kiedy ostatni raz pozwoliłam sobie być słaba?
Następnego dnia Andrzej wrócił późno z pracy. Znowu nie rozmawialiśmy. Położył się na kanapie z gazetą i nawet nie spojrzał w moją stronę. Podeszłam do niego i zapytałam cicho:
— Andrzej… czy ty mnie jeszcze kochasz?
Spojrzał na mnie zdziwiony.
— Co za pytanie? Przecież jesteśmy razem tyle lat.
— Ale czy jesteśmy szczęśliwi?
Wzruszył ramionami i wrócił do czytania gazety.
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok i myślałam o tym, jak bardzo oddaliliśmy się od siebie przez te wszystkie lata. Czy to moja wina? Może za bardzo skupiłam się na dzieciach i domu? Może powinnam była walczyć o nas bardziej?
W pracy też nie było łatwo. Pracuję jako księgowa w małej firmie budowlanej. Szef wymaga coraz więcej, a ja coraz częściej łapię się na tym, że popełniam drobne błędy. Koleżanki śmieją się ze mnie: „Hania, ty to masz głowę do wszystkiego!”. A ja czuję się jak oszustka.
Najgorzej było w święta. Cała rodzina przy stole, dzieci z wnuczką biegające po domu, wszyscy uśmiechnięci… a ja czułam się jak widmo we własnym życiu. Nikt nie zauważył łez w moich oczach, kiedy wynosiłam talerze do kuchni.
Pewnego dnia nie wytrzymałam. Po pracy poszłam do parku i usiadłam na ławce. Zadzwoniła do mnie córka:
— Mamo, wszystko w porządku? Jesteś jakaś nieobecna ostatnio.
Chciałam jej powiedzieć prawdę. Ale znów odpowiedziałam: — Tak, kochanie. Po prostu jestem zmęczona.
Wtedy zobaczyłam starszą kobietę idącą z psem. Uśmiechnęła się do mnie i powiedziała: — Trudny dzień?
Nie wiem dlaczego, ale nagle poczułam napływ łez do oczu.
— Tak… bardzo trudny — wyszeptałam.
Kobieta usiadła obok mnie i przez chwilę milczałyśmy razem.
— Wie pani… czasem trzeba pozwolić sobie być słabą — powiedziała cicho.
Te słowa zostały ze mną na długo.
Wieczorem usiadłam przy stole z Andrzejem i powiedziałam mu wszystko. O tym, jak bardzo czuję się samotna. O tym, że potrzebuję wsparcia i rozmowy. O tym, że już nie chcę być tylko „silną Hanią”.
Nie było łatwo. Andrzej był zaskoczony i trochę zły.
— Myślałem, że jesteś szczęśliwa… Nigdy nic nie mówiłaś!
— Bo wszyscy tego ode mnie oczekiwali — odpowiedziałam drżącym głosem.
Rozmawialiśmy długo tej nocy. Nie rozwiązało to wszystkich problemów, ale po raz pierwszy od lat poczułam ulgę.
Dziś wiem jedno: pozory szczęścia potrafią być ciężarem nie do udźwignięcia. Czasem trzeba pozwolić sobie być słabym i poprosić o pomoc.
Czy naprawdę znamy ludzi wokół nas? Czy potrafimy dostrzec ich ból pod maską uśmiechu? A może sami za często chowamy swoje prawdziwe uczucia przed światem?