Wykluczona z wesela mojej pasierbicy: Czy kiedykolwiek byłam częścią tej rodziny?
„Aneta, proszę cię, nie rób sceny. To nie twój dzień.” Głos mojego męża, Marka, był cichy, ale stanowczy, kiedy stałam przed kościołem na warszawskim Żoliborzu, ściskając torebkę jakby od niej zależało moje życie. Przez szybę samochodu widziałam, jak ludzie zbierają się przed wejściem – wszyscy eleganccy, uśmiechnięci, gotowi na świętowanie. A ja? Ja nie byłam zaproszona. Moja pasierbica, Zuzanna, wychodziła dziś za mąż. A mnie nie było na liście gości.
Pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz ją poznałam. Miała wtedy osiem lat, ogromne zielone oczy pełne nieufności i włosy związane w dwa niedbałe warkocze. Jej mama zmarła nagle na raka, a Marek był wrakiem człowieka. Nie łudziłam się, że zastąpię jej matkę – chciałam być po prostu kimś bliskim. Przez lata szykowałam jej śniadania do szkoły, pomagałam w zadaniach z matematyki, prasowałam sukienki na szkolne przedstawienia. Nigdy nie było łatwo. Zuzanna była zamknięta w sobie, a ja uparcie próbowałam się do niej zbliżyć.
„Aneta, dziękuję ci za pomoc przy maturze” – powiedziała mi kiedyś cicho, gdy wybierałyśmy razem sukienkę na studniówkę. Ten moment był dla mnie bezcenny. Pomyślałam wtedy: może jednak jest nadzieja.
Ale dziś, patrząc przez szybę samochodu na jej rodzinę i przyjaciół wchodzących do kościoła, zrozumiałam, że się myliłam. Na zaproszeniu nie było mojego imienia. Marek powiedział tylko: „Zuzanna chce mieć małe wesele.” Ale wszyscy byli – ciotki, wujkowie, nawet sąsiadka z dzieciństwa. Tylko mnie zabrakło.
„Dlaczego nie nalegałeś?” zapytałam go poprzedniego wieczoru, kiedy siedzieliśmy w ciszy przy kuchennym stole.
„Nie mogę jej zmuszać do twojej obecności. To jej dzień” – odpowiedział, unikając mojego wzroku.
Coś we mnie pękło. Byłam przy niej przez wszystkie lata – gdy miała gorączkę, gdy pierwszy chłopak złamał jej serce w liceum, gdy dostała się na studia do Krakowa. Byłam ramieniem do wypłakania się i wsparciem, gdy Marek był zbyt zajęty pracą. Ale teraz, kiedy powinnam być częścią jej najważniejszego dnia – jestem zbędna.
Przypomniałam sobie rozmowę z moją mamą sprzed kilku lat:
– Córciu, bycie macochą nigdy nie jest łatwe. Ludzie patrzą na ciebie jak na intruza. Musisz mieć dużo cierpliwości.
Miałam cierpliwość. I miłość. I nadzieję. Ale dziś wydaje mi się, że to wszystko było za mało.
Telefon zawibrował – wiadomość od mojej siostry: „Jak się trzymasz? Pójdziesz tam mimo wszystko?”
Nie wiedziałam co odpisać. Czy wejść do kościoła nieproszona? Zrobić scenę? Czy wycofać się z godnością i pozwolić im świętować beze mnie?
W tym momencie Zuzanna wysiadła z auta razem z Markiem. Była przepiękna w białej sukni, ale jej wzrok mnie ominął jakbym była powietrzem. Marek szepnął jej coś do ucha i uśmiechnęła się – tak jak nigdy nie uśmiechnęła się do mnie.
Poczułam w sobie gniew pomieszany ze smutkiem. Czy naprawdę byłam tylko opiekunką? Przypadkową osobą w ich życiu? Czy popełniłam błąd oczekując wdzięczności?
Wróciłam do domu sama. Przywitała mnie cisza mieszkania pachnącego świeżo zaparzoną kawą i kurzem. Na stole leżał prezent dla Zuzanny – srebrna bransoletka z wygrawerowaną datą jej ślubu. Drżącymi dłońmi schowałam ją z powrotem do pudełka.
Wieczorem Marek wrócił do domu. Nie powiedział ani słowa – tylko powiesił marynarkę i usiadł obok mnie na kanapie.
– Wiesz… Zuzanna cię nie nienawidzi – powiedział cicho.
– Wiem – odpowiedziałam. – Ale też mnie nie kocha.
Milczał długo, po czym dodał:
– Może byłaś jej potrzebna bardziej niż myślisz.
Ale co z tego, jeśli nie ma dla mnie miejsca na jej weselu? Co z tego, jeśli cały mój wysiłek pozostał niewidzialny?
Tej nocy leżałam bezsennie i przewijałam w głowie wszystkie wspólne chwile – każdy uśmiech, każdą łzę, każdy wysiłek by ta rodzina przetrwała. Zastanawiałam się: gdzie popełniłam błąd? Czy można kochać kogoś jak własne dziecko i pozostać dla niego obcym?
Może ktoś powie: nie powinnaś oczekiwać wdzięczności ani uznania. Może inni stwierdzą: rodzina to nie tylko więzy krwi, ale to co razem budujemy. Ale dziś czuję tylko pustkę.
I pytam was: czy byliście kiedyś wykluczeni z rodziny, której oddaliście wszystko? Czy miłość bez wzajemności ma sens?