Jak jeden krem do twarzy zniszczył moje małżeństwo – szczera spowiedź synowej z Krakowa

– Naprawdę myślisz, że jestem stara i mam zmarszczki?! – głos teściowej przebił się przez ciszę kuchni jak nóż przez masło. Stałam z kubkiem herbaty w dłoni, czując jak krew odpływa mi z twarzy. Mój mąż, Tomek, siedział przy stole, udając, że czyta gazetę, ale widziałam, jak jego palce drżą.

Wszystko zaczęło się niewinnie. Pracuję w drogerii na Ruczaju i często dostaję próbki kosmetyków – kremy, maseczki, balsamy. Część z nich oddaję koleżankom, część rodzinie. Kiedy dostałam elegancki krem do twarzy marki Ziaja, pomyślałam o teściowej. Zbliżały się jej imieniny, a ona zawsze narzekała na suchą skórę. Zapakowałam krem w ozdobną torebkę i wręczyłam jej z uśmiechem.

– Dziękuję, Aniu – powiedziała wtedy cicho, ale już wtedy wyczułam w jej głosie coś dziwnego. Może rozczarowanie? Może urazę? Nie zwróciłam na to większej uwagi. Byłam przekonana, że zrobiłam coś miłego.

Kilka dni później zaczęło się piekło. Najpierw zadzwoniła do mnie szwagierka, Kasia.

– Anka, co ty jej dałaś? Mama płakała całą noc! – krzyczała do słuchawki.

– Ale o co chodzi? To tylko krem… – próbowałam tłumaczyć.

– Tylko krem?! Ona myśli, że uważasz ją za starą! Że chcesz jej powiedzieć, że się nie starzeje z godnością!

Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Przecież to był zwykły prezent! Próbowałam rozmawiać z Tomkiem.

– Tomek, powiedz im coś! Przecież to absurd!

– Może trzeba było kupić jej coś innego… – mruknął pod nosem, nie patrząc mi w oczy.

Z każdym dniem atmosfera gęstniała. Teściowa przestała do mnie dzwonić. Na rodzinnych obiadach patrzyła na mnie spode łba. Szwagierka rozpowiadała po rodzinie, że jestem bezczelna i nie mam wyczucia. Nawet teść zaczął mnie unikać.

Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę Tomka z matką przez drzwi sypialni:

– Synku, ona mnie nie szanuje… Ja się tak starałam być dla niej dobra… A ona mi takie rzeczy daje…

– Mamo, Ania nie miała złych intencji…

– Nie tłumacz jej! Widać, że nie pasuje do naszej rodziny!

Łzy napłynęły mi do oczu. Czułam się jak intruz we własnym domu. Zaczęłam unikać wspólnych spotkań. W pracy byłam rozkojarzona, koleżanki pytały, czy wszystko w porządku.

Najgorsze było to, że Tomek coraz częściej stawał po stronie matki. Zaczęliśmy się kłócić o drobiazgi. Każda rozmowa kończyła się wypominaniem tego nieszczęsnego kremu.

– Może rzeczywiście nie pasujesz do mojej rodziny? – rzucił pewnego dnia w złości.

To bolało najbardziej. Przecież wszystko zaczęło się od niewinnego gestu. Czy naprawdę tak łatwo można zniszczyć relacje przez jedno nieporozumienie?

W końcu przestałam walczyć. Przestałam się starać. Zaczęliśmy żyć obok siebie – jak współlokatorzy, a nie małżeństwo. Teściowa triumfowała milczeniem.

Minęły miesiące. Krem do twarzy stał się symbolem wszystkiego, co poszło nie tak między mną a rodziną Tomka. Czasem patrzę na siebie w lustrze i zastanawiam się: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy naprawdę jeden prezent może przekreślić lata starań i miłości?

Może to ja jestem zbyt naiwna? A może czasem najprostsze gesty są najbardziej ryzykowne? Co wy o tym myślicie – czy można naprawić coś, co pękło przez taką błahostkę?