„Mamo, nie chcę cię na swoim ślubie” – Jak moja córka wyrzuciła mnie ze swojego życia
– Mamo, proszę… nie przychodź na mój ślub.
Te słowa rozbrzmiewają w mojej głowie jak echo, które nie chce ucichnąć. Siedzę na kuchennym krześle, ściskając w dłoniach kubek z zimną już herbatą. Zosia stoi naprzeciwko mnie, jej oczy są czerwone od płaczu, ale głos nie drży. Jest stanowcza.
– Zosiu… – próbuję coś powiedzieć, ale słowa więzną mi w gardle. – Przecież jestem twoją matką…
– Wiem. Ale nie mogę inaczej. Marek… on nie chce cię tam widzieć. I ja też… po tym wszystkim…
Po tym wszystkim. Te dwa słowa są jak nóż wbity prosto w serce. Cofam się myślami do czasów, gdy Zosia była jeszcze małą dziewczynką. Każdego ranka zaplatałam jej warkocze, szykowałam kanapki do szkoły, wieczorami czytałam bajki. Byłyśmy nierozłączne. Nawet gdy dorastała i zaczęła mieć swoje tajemnice, zawsze wracała do mnie z problemami. Byłam jej powierniczką, przyjaciółką, matką.
Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy pojawił się Marek. Przystojny, pewny siebie, z błyskiem w oku. Na początku cieszyłam się jej szczęściem – przecież każda matka chce widzieć swoją córkę zakochaną i kochaną. Ale z czasem zaczęłam dostrzegać coś, co mnie niepokoiło. Marek był zaborczy. Często krytykował Zosię przy mnie, poprawiał ją, przerywał jej wypowiedzi. Gdy próbowałam zwrócić mu uwagę, odpowiadał mi chłodno:
– Pani Aniu, to nie pani sprawa.
Zosia wtedy milkła i spuszczała wzrok. Próbowałam z nią rozmawiać, ale zawsze broniła Marka:
– Mamo, on po prostu taki jest. Nie rozumiesz go.
Może rzeczywiście go nie rozumiałam. Ale widziałam, jak moja córka gaśnie. Coraz rzadziej dzwoniła, coraz rzadziej wpadała na herbatę. A kiedy już przychodziła, była spięta i nerwowa.
Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i powiedziałam jej wprost:
– Zosiu, martwię się o ciebie. Marek cię ogranicza.
Wybuchła wtedy płaczem:
– Mamo! Nigdy nie zaakceptujesz nikogo, kogo wybiorę! Zawsze musisz mieć rację!
Od tamtej pory nasze relacje zaczęły się psuć. Każda rozmowa kończyła się kłótnią lub milczeniem. Czułam się bezradna i samotna. Mój mąż, Andrzej, próbował mnie pocieszać:
– Daj jej czas. Może sama przejrzy na oczy.
Ale czas mijał, a Zosia coraz bardziej oddalała się ode mnie. Gdy zadzwoniła z informacją o zaręczynach, poczułam ukłucie żalu – nie dlatego, że wychodzi za Marka, ale dlatego, że dowiedziałam się o tym jako ostatnia.
Próbowałam naprawić nasze relacje przed ślubem. Zaproponowałam wspólne zakupy sukni ślubnej, pomoc przy organizacji wesela. Za każdym razem słyszałam wymówki:
– Mamo, już wszystko załatwione.
– Może innym razem.
– Nie mam teraz czasu.
Aż w końcu przyszedł ten dzień – dzień rozmowy w kuchni.
– To twoja decyzja? – pytam cicho.
Zosia kiwa głową.
– Tak. Proszę cię… uszanuj to.
Nie wiem, jak długo siedziałam potem w tej kuchni. Andrzej wrócił z pracy i zastał mnie zapłakaną.
– Aniu… co się stało?
Nie potrafiłam odpowiedzieć. Jak wytłumaczyć mężowi, że nasza jedyna córka wyrzuciła mnie ze swojego życia? Że nie chce mnie na najważniejszym dniu swojego życia?
Przez kolejne tygodnie żyłam jak w zawieszeniu. Każdego dnia budziłam się z nadzieją, że Zosia zadzwoni i powie: „Mamo, przepraszam”. Ale telefon milczał.
Rodzina zaczęła szeptać za moimi plecami:
– Co ta Anka zrobiła Zosi?
– Słyszałaś? Nie będzie jej na ślubie własnej córki!
Czułam się upokorzona i osamotniona. Nawet moja siostra Basia próbowała interweniować:
– Anka, może powinnaś przeprosić? Nawet jeśli nie masz za co?
Ale za co mam przepraszać? Za to, że martwiłam się o własne dziecko? Że chciałam dla niej dobrze?
W dniu ślubu Zosi siedziałam sama w salonie. Przez okno widziałam samochody jadące do kościoła parafialnego – tego samego, w którym ją chrzciłam i prowadziłam do komunii. W dłoniach ściskałam zdjęcie małej Zosi w białej sukience.
Wieczorem zadzwoniła Basia:
– Anka… Zosia wyglądała pięknie. Ale była smutna.
Łzy popłynęły mi po policzkach. Czy naprawdę zrobiłam coś tak złego? Czy bycie matką oznacza czasem pozwolenie dziecku odejść – nawet jeśli serce pęka?
Dziś mijają trzy miesiące od tamtego dnia. Nie rozmawiałyśmy od ślubu ani razu. Każdego dnia zastanawiam się: czy powinnam była milczeć? Czy powinnam była zaakceptować Marka bez względu na wszystko? A może właśnie na tym polega miłość – na pozwoleniu dziecku popełniać własne błędy?
Czasem patrzę na telefon i pytam siebie: czy jeszcze kiedyś usłyszę „Mamo”? Czy można kochać kogoś tak bardzo i jednocześnie pozwolić mu odejść? Co wy byście zrobili na moim miejscu?