„Nie będę ukrywać: cała rodzina nie znosi mojej synowej. Mój syn powiedział, że nie chce mieć z nami nic wspólnego. Mam nadzieję, że się rozwiodą” – szczera spowiedź matki

— Nie wierzę, że znowu ją tu przyprowadził — wyszeptała moja siostra, Zosia, kiedy tylko Magda przekroczyła próg naszego mieszkania. Udawałam, że tego nie słyszę, ale w środku aż mnie skręcało. To był kolejny niedzielny obiad, który miał być rodzinny i ciepły, a kończył się zawsze tak samo: napięciem, cichymi komentarzami i spojrzeniami pełnymi dezaprobaty.

Bartek był moim młodszym synem. Zawsze taki pogodny, otwarty, dusza towarzystwa. Kiedyś nie było spotkania bez jego żartów i śmiechu. Ale odkąd pojawiła się Magda… wszystko się zmieniło. Przestał dzwonić tak często, coraz rzadziej wpadał na kawę. A kiedy już przychodził, zawsze z nią. Z tą samą powściągliwością w oczach i sztucznym uśmiechem na twarzy.

Pamiętam ten pierwszy raz, gdy ją poznałam. Była cicha, zamknięta w sobie. Odpowiadała półsłówkami, jakby była gdzieś indziej. „Może jest nieśmiała” — tłumaczyłam sobie wtedy. Ale z każdym kolejnym spotkaniem było tylko gorzej. Nie angażowała się w rozmowy, nie pomagała przy stole, a kiedy zaproponowałam jej ciasto, odmówiła tak chłodno, że aż zrobiło mi się przykro.

— Bartek, ona nawet nie zapytała, czy może pomóc! — powiedziałam mu któregoś wieczoru przez telefon.
— Mamo, daj jej spokój. Jest zmęczona po pracy — odpowiedział zirytowany.
— Każdy jest zmęczony! My też pracujemy! — nie dawałam za wygraną.
— Mamo… — westchnął ciężko. — Proszę cię, nie rób problemu z niczego.

Ale dla mnie to nie było „nic”. To była rodzina! W naszej rodzinie wszyscy sobie pomagali, rozmawiali, śmiali się razem. A ona? Jakby była z innej planety.

Z czasem zaczęliśmy coraz częściej rozmawiać o Magdzie za jej plecami. Moja starsza córka, Kasia, mówiła wprost:
— Ona jest fałszywa. Udaje miłą przy Bartku, a jak tylko zostaje sama z nami, to nawet nie patrzy w oczy.
Zosia dodawała:
— Pewnie coś ukrywa. Może ma jakieś długi albo problemy w rodzinie?

Nie chciałam być tą „złą teściową”, ale czułam się coraz bardziej wykluczona z życia Bartka. Przestał przychodzić na nasze spotkania rodzinne. Gdy dzwoniłam, odbierał rzadko i rozmawiał krótko.

Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i pojechałam do nich bez zapowiedzi. Chciałam zobaczyć, jak naprawdę wygląda ich życie. Magda otworzyła drzwi i spojrzała na mnie zaskoczona.
— Dzień dobry… — powiedziała cicho.
— Cześć Magdo. Przyszłam zobaczyć Bartka — odpowiedziałam stanowczo.
— Jest w pracy…
— To może napijemy się herbaty?

Usiadłyśmy w kuchni. Przez chwilę panowała niezręczna cisza.
— Magdo… — zaczęłam ostrożnie. — Wiem, że nie jest ci łatwo w naszej rodzinie. Ale może spróbowałabyś bardziej się otworzyć?
Spojrzała na mnie z bólem w oczach.
— Pani Aniu… Ja naprawdę się staram. Ale mam wrażenie, że cokolwiek zrobię, i tak będzie źle.
— To nieprawda! Po prostu chcemy cię lepiej poznać.
— A może po prostu mnie pani nie lubi? — zapytała nagle.
Zatkało mnie. Nie spodziewałam się takiej szczerości.
— To nie tak…
— Wiem, co o mnie mówicie za plecami. Bartek też wie. Dlatego coraz rzadziej tu przychodzi.

Wróciłam do domu roztrzęsiona. Czy naprawdę byłam aż tak niesprawiedliwa? Czy to możliwe, że cała rodzina przesadza? Przecież wszyscy widzą to samo…

Kilka tygodni później Bartek zadzwonił do mnie sam:
— Mamo, musimy porozmawiać.
Spotkaliśmy się w kawiarni. Był poważny jak nigdy wcześniej.
— Mamo… Kocham cię i zawsze będziesz dla mnie ważna. Ale jeśli nie zaakceptujecie Magdy, przestanę przychodzić na rodzinne spotkania. Nie chcę wybierać między żoną a rodziną.
Zrobiło mi się słabo.
— Bartek… Przecież ona cię od nas odciąga!
— Nieprawda! To wy ją odpychacie!

Wróciłam do domu i długo płakałam. Czułam się zdradzona przez własnego syna. Ale czy naprawdę miałam prawo decydować o jego szczęściu?

Od tamtej pory widujemy się rzadko. Bartek czasem dzwoni, ale rozmowy są krótkie i powierzchowne. Kasia mówi otwarcie:
— Szkoda mi go. Mam nadzieję, że szybko się rozwiodą i wróci do nas taki jak dawniej.
A ja? Czasem sama łapię się na tej myśli… Ale zaraz potem czuję wyrzuty sumienia.

Czy naprawdę to Magda jest winna? Czy może my wszyscy? Czy rodzina ma prawo narzucać komuś swoje zasady? A może powinnam po prostu zaakceptować wybory mojego syna?

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy warto było walczyć o „rodzinne wartości”, jeśli przez to straciłam kontakt z własnym dzieckiem? Czy Wy też macie takie doświadczenia? Co byście zrobili na moim miejscu?