„Nie, twoja matka nie zamieszka z nami!” – Moja walka o dom, małżeństwo i siebie samą
– Nie, twoja matka nie zamieszka z nami! – krzyknęłam, zanim zdążyłam się powstrzymać. Głos mi zadrżał, a w oczach stanęły łzy. Stałam w kuchni, oparta o blat, a Michał patrzył na mnie z niedowierzaniem, jakby nie rozumiał, dlaczego ta propozycja wywołała we mnie taki gniew.
– Anka, ona nie ma dokąd pójść – powiedział cicho, unikając mojego wzroku. – Tata zmarł, mieszkanie sprzedane, a ona nie chce być sama.
Poczułam, jak w środku wszystko się we mnie ściska. Przez chwilę miałam ochotę rzucić czymś o ścianę, ale tylko zacisnęłam pięści. Przecież wiedziałam, że śmierć teścia była dla nich obu ciosem, ale nikt nie zapytał mnie, czy jestem gotowa na takie poświęcenie. Przypomniałam sobie wszystkie te wieczory, kiedy teściowa, pani Halina, potrafiła skrytykować mój obiad, sposób wychowania dzieci, a nawet to, jak składam pranie. Zawsze z uśmiechem, niby żartem, ale czułam się wtedy jak mała dziewczynka, której ktoś ciągle mówi, że robi coś źle.
– Michał, to jest nasz dom. Nasza przestrzeń. Nie chcę, żeby ktoś tu wchodził i wszystko zmieniał – powiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał spokojnie. – Przecież wiesz, jaka ona jest. Pamiętasz, jak ostatnio wtrącała się w nasze sprawy?
Michał westchnął ciężko i usiadł przy stole. – Anka, ona jest moją matką. Nie mogę jej zostawić na lodzie. Przecież to tylko na jakiś czas. Może się dogadacie.
Zacisnęłam zęby. „Może się dogadacie” – ile razy już to słyszałam? Ile razy miałam udawać, że nie widzę, jak pani Halina patrzy na mnie z góry, jak poprawia dzieci, jak komentuje mój wygląd? Przypomniałam sobie, jak kiedyś, gdy przyszła do nas na święta, powiedziała: „Anka, ty to chyba nie masz ręki do pierogów. Może następnym razem ja zrobię?”
Tej nocy nie spałam. Leżałam obok Michała, który oddychał spokojnie, jakby nic się nie stało, a ja czułam, jakby ktoś zabrał mi powietrze. W głowie kłębiły mi się myśli: co, jeśli się nie zgodzę? Czy Michał będzie miał mi to za złe? A jeśli się zgodzę, czy jeszcze będę miała własny dom?
Następnego dnia Michał zadzwonił do matki. Słyszałam jego głos zza drzwi: – Tak, mamo, Anka się zgodziła… Tak, możesz się wprowadzić w przyszłym tygodniu.
Poczułam, jakby ktoś mnie zdradził. Nie zapytał mnie jeszcze raz, nie dał mi szansy na rozmowę. Po prostu postawił mnie przed faktem dokonanym. Przez kolejne dni chodziłam jak cień. Dzieci pytały, czemu jestem smutna, a ja nie umiałam im odpowiedzieć. W pracy nie mogłam się skupić, a koleżanka z biura, Kasia, zapytała: – Anka, wszystko w porządku?
– Nie wiem, Kasiu. Chyba nie – odpowiedziałam i po raz pierwszy od dawna poczułam, że zaraz się rozkleję. Opowiedziałam jej wszystko, a ona tylko pokiwała głową.
– Musisz postawić granice. Inaczej zwariujesz.
Tydzień później pani Halina stała już w naszym przedpokoju, z dwoma wielkimi walizkami i miną, jakby właśnie wchodziła do własnego mieszkania. – No, to teraz będzie nam raźniej – powiedziała, rozglądając się po salonie. – Anka, gdzie mogę postawić swoje rzeczy? Mam nadzieję, że dzieci nie będą mi przeszkadzać.
Przez pierwsze dni próbowałam być miła. Uśmiechałam się, gotowałam obiady, sprzątałam, ale czułam, jak z każdym dniem tracę siebie. Pani Halina zaczęła przestawiać rzeczy w kuchni, zmieniać ustawienie mebli, a nawet narzekać na to, że dzieci za głośno się bawią. Michał udawał, że nic się nie dzieje. Kiedy próbowałam z nim rozmawiać, mówił tylko: – Daj jej czas, ona się przyzwyczai.
Pewnego wieczoru, kiedy wróciłam z pracy, zobaczyłam, że pani Halina wyrzuciła moje ulubione kubki, bo „były już stare i nieładne”. Wtedy coś we mnie pękło. – To jest mój dom! – wykrzyczałam. – Nie masz prawa wyrzucać moich rzeczy!
Pani Halina spojrzała na mnie z pogardą. – Może gdybyś lepiej dbała o porządek, nie musiałabym tego robić.
Wybiegłam z kuchni, trzaskając drzwiami. Michał przyszedł do mnie wieczorem. – Anka, przesadzasz. Mama chce dobrze. Musisz być bardziej wyrozumiała.
– A kto jest wyrozumiały dla mnie? – zapytałam cicho. – Czy ktoś w ogóle pyta, jak ja się czuję?
Zaczęłam coraz częściej wychodzić z domu. Spędzałam czas z dziećmi na placu zabaw, wracałam późno, byle tylko nie musieć patrzeć na teściową. Michał coraz częściej siedział z matką, a ja czułam się coraz bardziej samotna. Zaczęliśmy się kłócić. O drobiazgi, o dzieci, o pieniądze. Ale tak naprawdę kłóciliśmy się o to, że nikt nie widział mojego bólu.
Pewnego dnia, po kolejnej awanturze, spakowałam walizkę. – Jadę do mamy – powiedziałam. – Muszę odpocząć. Jeśli nie postawisz granic, nie wiem, czy będę mogła tu wrócić.
Michał patrzył na mnie długo, w końcu powiedział: – Nie chcę cię stracić. Ale nie mogę zostawić mamy.
– A ja nie mogę zostawić siebie – odpowiedziałam.
Wyjechałam na tydzień. U mamy poczułam, jak wraca mi oddech. Zrozumiałam, że jeśli nie zawalczę o siebie, nikt tego nie zrobi. Po powrocie postawiłam sprawę jasno: – Albo ustalamy zasady, albo nie dam rady tu żyć. To jest mój dom i nie pozwolę, by ktoś mnie z niego wypchnął.
Długo rozmawialiśmy. Michał w końcu zrozumiał, że jego matka musi znaleźć własne miejsce. Pomogliśmy jej wynająć mieszkanie niedaleko nas. Nie było łatwo, ale w końcu poczułam, że odzyskałam siebie.
Czasem zastanawiam się, ile kobiet w Polsce przeżywa to samo. Ile z nas musi walczyć o własny dom, o szacunek, o siebie? Czy naprawdę musimy wybierać między rodziną a własnym szczęściem? Co wy byście zrobili na moim miejscu?